Poronienie

Nigdy nie chcieliśmy, by nasz syn był jedynakiem. Zawsze żartowałem, że trójka dzieci to optymalna liczba, bo z jednej strony dużo, a z drugiej – mieszczą się na tylnym siedzeniu standardowego samochodu. Dlatego, gdy tylko Franek skończył rok i 5 miesięcy, zaczęliśmy się starać o kolejnego potomka. Choć tak naprawdę to nie lubię tego sformułowania – właściwszym byłoby zapewne „przestaliśmy się starać, by nie zajść w ciążę i czekaliśmy, co będzie”. Zaszliśmy w ciążę, lecz po 5 tygodniach straciliśmy ją. Podobnie stało się kilka miesięcy później z kolejną ciążą – poronienie na przełomie 5 i 6 tygodnia. Gdy Żona wykonała różnorodne badania mające wykluczyć jakieś zdrowotne przyczyny tych poronień, otrzymaliśmy od ginekolog zielone światło i zaszliśmy tej wiosny w kolejną – czwartą ciążę. Ze strachem czekaliśmy tego feralnego piątego tygodnia.

Ostatnie dobre USG

Ostatnie dobre USG

Udało się – przyszedł szósty i siódmy tydzień. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie było różowo, bo ginekolog była mocno zaniepokojona zbyt niskim poziomem progesteronu, ale badanie USG było prawidłowe i byliśmy pełni dobrych przeczuć. Niestety, w 10 tygodniu na kolejnym badaniu USG, lekarz stwierdził, że płód przestał się rozwijać w 9 tygodniu – jest martwy.

To, co przeżyliśmy w kolejnych godzinach, dniach i tygodniach od momentu, w którym usłyszeliśmy ten wyrok – to, co przeżywamy nadal  - jest bardzo dla nas trudne i bolesne. To przeżycie było tym trudniejsze, im bardziej mieliśmy poczucie czekającej nas wielkiej niewiadomej. Co teraz? Jak to się odbywa? Co powinniśmy dalej zrobić? Co czeka moją Żonę i nasze nienarodzone dziecko? Dlatego teraz, po dłuższym wahaniu, postanowiliśmy napisać o naszych doświadczeniach. Nam bardzo by w tych dniach pomogło, gdybyśmy mogli przeczytać lub usłyszeć o przeżyciach rodziców, którzy już czegoś takiego doświadczyli i przygotować się na to, co nas czeka – od najbanalniejszych, technicznych spraw po to, jakie uczucia mogą targać nami w czasie żałoby. Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi zejście trochę z głównego nurtu tematycznego tej strony – liczę jednak na to, że być może inni rodzice, którzy znajdą się w przyszłości w podobnej sytuacji trafią na ten artykuł i że jego lektura pomoże im trochę oswoić tę sytuację. Z pewnością nie złagodzi bólu po stracie dziecka, ale może pozwoli uniknąć dodatkowego strachu przed nieznanym. Chciałbym też, by ten artykuł pomógł lepiej poradzić sobie z podobną sytuacją bliskim rodziców, którzy stracą w ten sposób ciążę – lepiej zrozumieć, co mogą przeżywać ludzie, których to dotknęło.

Szpital

Po badaniu USG na którym usłyszeliśmy wyrok, udaliśmy się zaraz do prowadzącej ciążę lekarz ginekolog, która poleciła nam zgłosić się do szpitala. Zostawiliśmy Franka z rodziną i pojechaliśmy do warszawskiego szpitala Św. Zofii przy Żelaznej – tego samego, w którym urodził się Franek. Była to sobota około południa. Na szpitalnej izbie przyjęć, położna poinformowała nas, że powinniśmy zgłosić się wieczorem i Żona zostanie w szpitalu na noc, być może na dwa dni. Wróciliśmy więc po syna i spędziliśmy jeszcze razem popołudnie. Późnym popołudniem spakowaliśmy torbę do szpitala, znów odwieźliśmy Franka do rodziny i zgłosiliśmy się ponownie do szpitala. Żona została zbadana przez lekarz, która najpierw w badaniu USG potwierdziła diagnozę z porannego badania. Następnie opisała, jak będzie wyglądać pobyt w szpitalu – Żonie podany zostanie lek, który ma w nocy wywołać poronienie. Jeśli lek zadziała, następnego dnia badanie potwierdzi, czy macica oczyściła się dokładnie sama, czy konieczny będzie jeszcze zabieg łyżeczkowania. Jeśli lek nie zadziała, lekarz podejmie decyzję, czy spróbować jeszcze raz podać lek, czy jednak wykonać zabieg.

W nocy Żona musiała zostać w szpitalu sama. Okazało się jednak, że w nocy żaden lekarz nie mógł przyjść podać Żonie leku i ostatecznie podano go jej dopiero następnego dnia rano. Szczęśliwie, bo dzięki temu mogłem być przy Żonie cały czas. Lek wywołał skurcze podobne do porodowych. Żona stwierdziła, że ból był znacznie gorszy od porodowego – być może dlatego, że mechanizm ten sam, a brak osłony wywołujących euforię hormonów. Co prawda podano silne leki przeciwbólowe, ale i tak Żona bardzo cierpiała. Po około dwóch godzinach zaczęło się krwawienie. Żona otrzymała szklany pojemnik wielkości dużego słoika, do którego miała oddawać mocz (i do którego przy okazji zbierała się krew). Mieliśmy wezwać położną, gdy „coś się pojawi”.

W ciągu dwóch godzin, w czasie wizyt w łazience, w której stał pojemnik, pojawiały się kolejno: jakieś nieidentyfikowalne dla nas tkanki, dwucentymetrowe ciało naszego dziecka, w końcu dość duża porowata tkanka przypominająca trochę łożysko z porodu – jak powiedziała nam położna, łuszcząca się wyściółka macicy. Za każdym razem wzywaliśmy położną, która przychodziła, sprawdzała zawartość pojemnika i zabierała go gdzieś na chwilę. W momencie, gdy pojawiło się małe ciałko, położna przyszła z małym plastikowym słoiczkiem, by je do niego przełożyć.

Następnego dnia rano w badaniu USG okazało się, że organizm sam się bardzo dobrze oczyścił i tego samego dnia popołudniu Żona mogła wrócić do domu.

W szpitalu Żona leżała w pokoju sześciosobowym – szczęśliwie w sobotę i w niedzielę była w nim jedyną pacjentką. Dobrze to świadczy o personelu szpitala, gdyż nie była jedyną pacjentką na oddziale – to miłe, że w takiej sytuacji zapewniono jej prywatność, mimo, iż pewnie położnym wygodniej byłoby mieć wszystkie pacjentki w jednym pokoju. Pacjentka, która w podobnej sytuacji była przyjmowana do szpitala w tym samym czasie, co moja Żona, powiedziała jej potem, że Św. Zofia to jedyny szpital w Warszawie, który nie odesłał jej do poniedziałku („Ma Pani martwe dziecko w brzuchu, no tak, to zapraszamy za dwa dni”?) i oferował właśnie terapię lekami, które mają wywołać poronienie zamiast łyżeczkowania, czyli mocno inwazyjnego zabiegu.

W sobotę w ciągu tych kilku godzin, w czasie których czekaliśmy na czas przyjęcia do szpitala, starałem się znaleźć jak najwięcej informacji na temat tego, co dalej. Co zrobić, by pochować dziecko? Od początku było bowiem dla nas jasne, że chcemy je pochować. Co z tego, że ma zaledwie parę tygodni? Widzieliśmy na USG jak się poruszało, widzieliśmy bicie jego serca. Tak samo, jak nie uważam, by dziecko stawało się pełnoprawnym człowiekiem dopiero z chwilą osiągnięcia pewnego wieku, tak samo nie uważam, by taką granicą był poród. Nie moglibyśmy pogodzić się z myślą, by nasze dziecko miało być odpadem medyczny.

Dlatego już na izbie przyjęć pytaliśmy, jak wygląda procedura odebrania ciała celem pochówku. Dowiedzieliśmy się, że należy uprzedzić o tym położne na oddziale, by odpowiednio zabezpieczyły płód. Tak też zrobiliśmy, powtarzając to na wszelki wypadek jeszcze kolejnej zmianie położnych następnego dnia. Z ich reakcji wnioskowaliśmy, że o ile nie niespotykana, to nie jest to częsta prośba. Powiedziano mi, że procedura wygląda tak, jak przy normalnym pochówku. Szczęśliwie, nie musiałem jeszcze nigdy organizować żadnego pochówku, więc dopytywałem dalej. Dowiedziałem się, że po zwłoki musi się zgłosić zakład pogrzebowy, że do tego czasu (jak długo będzie trzeba, by przygotować pochówek), będą przechowywane w szpitalu. Pojawiło się jednak biurokratyczne zamieszanie – szpital powinien wydać kartę zgonu i inne dokumenty, na podstawie których w urzędzie stanu cywilnego rejestrowane jest martwe urodzenie (wydaje się akt urodzenia z adnotacją, iż urodzenie było martwe, pełni więc także funkcję aktu zgonu na potrzeby dalszych formalności pogrzebowych). W przypadku jednak tak wczesnego poronienia płeć dziecka da się stwierdzić wyłącznie na podstawie badań genetycznych, których szpital nie wykonuje. Dotąd, według przepisów, płeć określała matka na podstawie własnego odczucia. Położne nie wiedziały więc, co dalej, ale przy wypisie mamy się wszystkiego dowiedzieć w dziale dokumentacji medycznej i statystyki.

Pani z działu dokumentacji, z którą rozmawialiśmy następnego dnia była pierwszą, która podchodziła do sprawy z dużą empatią. Wszystkie inne położne były uprzejme, jednak zdarzały im się niedelikatności, które co bardziej wrażliwej matce mogłyby sprawić dużą przykrość („No, to tam było to ciałko, widziała Pani, to zabrałam” powiedziane takim tonem, jakby chodziło o zabieg kosmetyczny). Pani z działu dokumentacji zapytała mnie najpierw, czy chcemy chować dziecko, by matka mogła skorzystać z urlopu macierzyńskiego (podobno przysługuje 8 tygodni po poronieniu – bardzo słusznie). Gdy powiedziałem jej, że nie potrzebujemy urlopu, bo Żona i tak jest na wychowawczym, zaczęła być szalenie delikatna i od tej pory mówiła o naszym dziecku jako o „dzieciątku”. Samo zdrobnienie raczej mnie irytuje, ale na pewno było lepsze od mówienia o „materiale” lub o „tym”, co było normą u położnych. Niestety dział dokumentacji również nie wiedział, jak postąpić wobec zmiany przepisów i poinformowano nas, że po prostu ustalą to z Ministerstwem i przedzwonią do nas za tydzień.

Nawiasem mówiąc, te dwa dni, w czasie których Żona była w szpitalu to też pierwsza tak długa rozłąka syna z matką – ucieszyło nas bardzo, że okazał się już na tyle samodzielny, że w ogóle nie okazał, jakoby miał z tym problem.

Badania

W międzyczasie bardzo stresującym wątkiem była jeszcze kwestia badań. Lekarz przyjmująca nas do szpitala zasugerowała, że skoro to już trzecie poronienie, to może warto przeprowadzić badania genetyczne płodu, co może dać jakieś wskazówki co do ewentualnych przyczyn tych poronień. Słyszała, że takie badania są wykonywane, ale nie zna szczegółów. Położna, która zabezpieczała płód zapytana o takie badania stwierdziła, że miała kiedyś pacjentkę, która przyszła z gotową instrukcją, jak powinien być materiał z poronienia zabezpieczony, by można przeprowadzić badania, ale nie znała szczegółów. Cały poniedziałek spędziłem więc wydzwaniając po instytutach genetycznych w Warszawie, by ostatecznie – w tych, do których się dodzwoniłem – dowiedzieć się, że nie przeprowadzają takich badań i na badanie genetyczne zapraszają w takiej sytuacji tylko matkę.

Formalności

Tydzień później faktycznie przedzwoniła do mnie pani z działu dokumentacji i poinformowała mnie, że ustaliła z Ministerstwem, że należy działać według starej procedury – mamy przyjechać do szpitala, matka dziecka ma sama określić płeć i wydana nam zostanie dokumentacja, z którą będziemy mogli udać się do urzędu stanu cywilnego. Jeszcze długo przed poronieniem stwierdziliśmy z Żoną, że czujemy, że to raczej córka. Tak też określiliśmy płeć naszego dziecka. Jadąc samochodem do szpitala zastanawialiśmy się jeszcze nad imieniem. Mieliśmy już wybrane imiona jeszcze przed poronieniem (mamy gotową listę przygotowaną jeszcze w pierwszej ciąży). To wydawał się trywialny problem, ale wahaliśmy się, czy ostatecznie nazwać nienarodzoną córkę wybranym imieniem, bo przecież nie użyjemy go ponownie, a to ładne imię. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy, że – trudno – nie będziemy kombinować. Żona poprosiła jedynie, byśmy zmienili drugie imię. W szpitalu otrzymaliśmy dokumenty i instrukcję, jak postępować dalej – po wizycie w USC z wszystkimi dokumentami należy się udać do zakładu pogrzebowego, gdzie zostanie dopełniona reszta formalności a do szpitala należy jeszcze zadzwonić, by umówić się na odbiór zwłok.

W urzędzie stanu cywilnego mieliśmy zgłosić się do tego samego pokoju, w którym rejestrowane są wszystkie urodzenia. Trochę czuliśmy się nieswojo w kolejce pośród radosnych rodziców z małymi dziećmi. Sama procedura wydania aktu urodzenia przebiegła jednak bardzo sprawnie i bez zgrzytów.

Następnego dnia zadzwoniłem do Domu Pogrzebowego Służew – jedynego w Warszawie, który (jak stwierdziłem po bardzo krótkim wyszukiwaniu w google), na swojej stronie wprost informował, że zajmuje się pochówkami dzieci nienarodzonych. Przez telefon niczego się nie dowiedziałem – polecono mi po prostu zgłosić się do jednego z ich biur ze wszystkimi dokumentami. Wcześniej uzyskaliśmy od babci Żony zgodę na złożenie ciała dziecka w grobie, w którym pochowany został jej mąż. Zakład pogrzebowy rzeczywiście zapewnia kompleksową obsługę wszystkich formalności. Pani z zakładu przy mnie telefonicznie ustaliła wszystko z administracją cmentarza, podyktowała mi treść oświadczenia, które powinna złożyć babcia Żony (optymalnie babcia powinna złożyć je osobiście, ale by jej nie fatygować wystarczyło przywieźć pisemne oświadczenie i dowód osobisty babci). Okazało się, że zakład pogrzebowy nawet pośredniczy w zorganizowaniu obsługi duszpasterskiej uroczystości. W tym momencie też zrozumiałem jaki może być jeden z powodów, dla których rodzice rzadko decydują się na pochówek nienarodzonych dzieci – koszt całej uroczystości wyniósł – zaskakujące dla mnie  - ponad 4 800 zł. Kwota mogłaby być o ok. 500 zł niższa, gdyby nie fakt, iż by nie spowodować zamknięcia grobu na 20 lat konieczna była kremacja. Szczęśliwie także przy takim pochówku przysługuje zasiłek pogrzebowy z ZUS – 4 tys. Jednak nadal nie każdy może sobie pewnie pozwolić na wyjęcie z kieszeni nagle prawie tysiąca złotych. A zrealizowanym naszym założeniem było przygotowanie bardzo skromnej uroczystości – żadnych kwiatów, muzyki (co mi proponowano), oczywiście bez nekrologów etc. – żadnych dodatkowych opcji. Po prostu czysto techniczna obsługa przewiezienia zwłok w małej urnie, otwarcia grobu, pochówku oraz krótka modlitwa księdza nad grobem. Zdziwiony ceną dokładnie przejrzałem rozpiskę pojedynczych pozycji, jednak poza 950 zł opłaty naliczanej przez sam cmentarz, nie było tam żadnych wyróżniających się pozycji. A przecież w takiej sytuacji nie sprawdza się cen w konkurencyjnych zakładach.

W każdym razie po godzinie spędzonej na wypełnianiu druków i ustalaniu szczegółów z panią w zakładzie pogrzebowym, pozostało już tylko w dniu pogrzebu stawić się rano w szpitalu, by asystować przy wydaniu zwłok. Przy bocznym wejściu czekała pani z działu dokumentacji i karawan zakładu pogrzebowego. Razem z pracownikiem zakładu udaliśmy się do pomieszczenia w piwnicy specjalnie przygotowanego do tego rodzaju sytuacji. W pomieszczeniu był stolik, krzyż, jakieś inne religijne symbole a za parawanikiem lodówka z przyklejoną kartką „płody”. Pracownik szpitala wyjęła z lodówki dużą kopertę oznaczoną imieniem i nazwiskiem Żony oraz datą poronienia. Z koperty wyjęła małą foliową torebkę z ciałem dziecka. Zapytała mnie, czy ciało ma pozostać w worku, czy wyjąć – powiedziałem, żeby zostało w worku. Pracownik zakładu pogrzebowego zapakował ciałko do trumienki, zamknął ją i wróciliśmy na zewnątrz. Po drodze pani z działu dokumentacji ponownie ostrzegała nas przed stromymi schodami a pan z zakładu powiedział, że był już tutaj kilkanaście razy w ciągu swojej kariery.

Został już tylko sam pochówek – o 12:00 mieliśmy czekać przy grobie. Przyjechaliśmy trochę wcześniej – płyta była odsunięta, obok leżała kupka ziemi. Kilka minut przed 12:00 pojawił się samochód zakładu pogrzebowego. Panowie po upewnieniu się u nas , że przyjechali na właściwe miejsce, rozstawili mały nakryty suknem taborecik, na którym postawili urnę wraz z tabliczką. Punktualnie o 12:00 pojawił się ksiądz. Krótka modlitwa i nagle – bardzo dyskretnie – pojawili się pracownicy cmentarza (jakoś mi słowo „grabarze” nie pasuje do tych młodych mężczyzn w strojach ogrodników). Jeden z nich wskoczył do grobu, odebrał od drugiego urnę, zniknął na chwilę pod płytą, wrócił bez urny i już kilka minut później płyta była z powrotem na miejscu i po pochówku prawie nie było śladu. Ksiądz zapytał nas, co się stało, wyraził nadzieję, że jeszcze będziemy mieli dużo dzieci i odszedł, pożegnali się też panowie z zakładu pogrzebowego. My zostaliśmy jeszcze chwilę przy grobie, zostawiliśmy przyniesione skromne mieczyki i wróciliśmy do domu.

Żałoba

Śmierć ogólnie – nie tylko poronienia – są ciągle, mam wrażenie, w naszej kulturze tematem tabu. Nie rozmawia się o śmierci bliskich, niewiele osób styka się ze śmiercią i z umierającymi, którzy raczej zostają w samotności szpitalnego pokoju, do którego trafia naprawdę najbliższa rodzina. Mam wrażenie, że z tej przyczyny śmierć z jednej strony lekceważymy a z drugiej – paradoksalnie – demonizujemy. Lekceważymy w tym sensie, iż trudno nam zrozumieć, jak głęboki smutek, żal i rozpacz może wywołać utrata dziecka – nawet takiego, którego nie mogliśmy jeszcze wziąć na ręce. Demonizujemy, ponieważ wiele osób spodziewa się, że ta rozpacz będzie się objawiała jakimiś filmowo-spektakularnymi efektami w rodzaju ciągłych szlochów, podartych szat i nie wychodzenia z domu przez kilka tygodni. Tymczasem żałoba tak, jak ją przeżyliśmy i nadal przeżywamy jest czymś pośrodku. Z jednej strony to było straszne przeżycie. Wręcz surrealistycznie straszne. Gdyby mi ktoś kilka lat temu powiedział, że będę patrzył w foliowy worek, w którym będzie leżało dwucentymetrowe ciało mojego nienarodzonego dziecka, to chyba bym uciekł z krzykiem stwierdziwszy, że to zbyt drastyczne, by miało się wydarzyć. Z drugiej strony, gdy ta chwila faktycznie nadeszła, jakoś trzeba było z tym żyć. Okazało się, że tak, człowiek się z tym styka, ale poza dojmującym chłodem gdzieś w głębi serca nic się nie dzieje i żyje się dalej.

Właśnie ten chłód, pustka, tępy ból gdzieś pod mostkiem to uczucie, które cały czas wraca i w tle naszego codziennego życia ciągle jest odczuwalny. Ten chłód jednak nie może zatrzymać dalszego życia we wszystkich jego objawach. Jeszcze, gdy siedziałem z Żoną w szpitalu, gdy oczekiwaliśmy aż zadziałają leki, rozmawialiśmy czasem o poważnych rzeczach a czasem o głupotkach i śmiesznych wydarzeniach z ostatnich dni. Czekając w domu na przyjęcie do szpitala, bawiliśmy się i żartowaliśmy z Franiem.

Z serii: "Jak smutek miesza się ze śmiesznością". Od pani sprzedającej kwiaty i znicze pod cmentarzem dostać takiego pudełka zapałek się nie spodziewałem.

Z serii: „Jak smutek miesza się ze śmiesznością”. Od pani sprzedającej kwiaty i znicze pod cmentarzem dostać takiego pudełka zapałek się nie spodziewałem.

W naszym otoczeniu spotykaliśmy się z czterema rodzajami reakcji. Lekceważenie – „No zdarza się… Jeszcze będziecie mieli dużo dzieci”. Unikanie tematu – „W ogóle na ten temat nie rozmawiamy, bo to pewnie dla Was bolesne”. Histeria – „W ogóle po Was tego nie widać (w domyśle: jak możecie tak po prostu dalej żyć wobec takiej tragedii)”. W końcu czwarta reakcja – dla mnie najbardziej kojąca i ją właśnie polecałbym wszystkim, którym przyjdzie pocieszać osoby w żałobie. Nazwałbym tę reakcję po prostu Szacunkiem –  „Rozumiem i szanuję wasz ból, czy chcecie o tym opowiedzieć?” W takiej sytuacji nie jest pocieszeniem poklepanie po plecach i opowiadanie o przyszłym potomstwie. Odeszło od nas ludzkie istnienie – to nie jest zabawka, po stracie której można się pocieszyć nowymi. Drażniące jest sugerowanie cierpiącym takich lub innych reakcji emocjonalnych – to nasze emocje, nasze cierpienie, każdy reaguje po swojemu. Unikanie tematu nie rozwiązuje też żadnego problemu – pozostaje wrażenie, że uciekamy od problemów i nie chcemy wziąć na siebie ciężaru cierpienia naszych bliskich. W takiej sytuacji nie ma też tak naprawdę niczego, co można cierpiącym rodzicom powiedzieć – najlepsze co można, w mojej ocenie zrobić, to okazać swoje zrozumienie, krótko wyrazić współczucie, pozwolić się wygadać. Wiem, że wszyscy nasi bliscy zrobili, co w ich mocy, by nam pomóc i bardzo im jestem za to wdzięczny. W tych trudnych chwilach największe oparcie mieliśmy jednak właśnie w tych, którzy bardziej spojrzeniem i tonem głosu, niż jakimikolwiek słowami, pokazali, że współczują i myślami są przy nas.

Franek

Jak w tym wszystkim odnalazł się  nasz syn? Niczego przed nim nie ukrywaliśmy ani nie zatajaliśmy. Franek wiedział, że mama ma w brzuchu dziecko i lubił o tym opowiadać. Ze względu na przyjmowane przez Żonę hormony podtrzymujące utraconą ciążę musieliśmy odstawić go od piersi i do dzisiaj Franek pyta o pierś, a następnie sam sobie odpowiada, że nie można, bo mama dostaje lekarstwo od pani doktor. Gdy doszło do poronienia, powiedzieliśmy Frankowi, że dziecka w brzuchu już nie ma, bo zmarło. Podobnie dokładnie opisaliśmy mu, co będzie się działo na cmentarzu i dlaczego tam jesteśmy. Gdy Żonie zdarzało się płakać, tłumaczyliśmy Frankowi, dlaczego mama płacze. Z drugiej jednak strony, nie oczekiwaliśmy od niego żadnych konkretnych reakcji. Nie mówiliśmy, że ma być teraz cicho, bo mamie jest smutno lub innych podobnych rzeczy. Ku pewnemu zaskoczeniu księdza, na cmentarzu najważniejszym elementem dla syna były samoloty, które cały czas nad nami latały i samochód zakładu pogrzebowego. Ciekaw jestem, co w nim z tej całej sytuacji zostanie. Chciałbym w każdym razie, by śmierć nie była dla niego tematem tabu i by przyjmował ją jako smutny, ale naturalny element życia.


  • Paulina

    Bardzo mi przykro z powodu Państwa straty.
    Wpis jest przejmujący, ale bardzo cenny.
    Przesyłam pozdrowienia.

  • Magda

    Dziękuję za ten wpis. Jestem po podobnych przejściach, ale o tym jak należy postępować w takiej sytuacji mogłam się dowiedzieć dopiero po.. z internetu. Niestety szpital na Inflanckiej postępuje zupełnie inaczej niż Św. Zofia. Najpierw leki a później zabieg wykonywany przy otwartych drzwiach pokoju do którego ciągle wchodziły inne pacjentki. Zasłona jest, owszem, ale po co używać. Masakra, trauma, dziura w psychice. Nikt o tym nie mówi oficjalnie. Za to fora internetowe pękają w szwach od kobiet, które latami żyją stratą dziecka. Oznaczają dni od poronienia na specjalnych „suwakach”…

  • MK

    Dziękuję. Ślę do Państwa dobrą energię.

  • lovespatient

    Dziękuję, Nie byłam w stanie przeczytać całego za jednym zamachem, to dla mnie zbyt trudny temat (mimo że minęło 6 lat). Ale dziękuję, że o tym piszesz.

  • Wiola

    Dziękuję, że podzielił się Pan z nami tą smutną wiadomością. Ja w 12 tygodniu straciłam synka Kubusia, dla mnie to było bardzo ciężkie przeżycie. Niestety powiedziano mi, ze nie ma możliwości pochowania dziecka bo nie znają płci i po wywołaniu poronienia dziecko wydalane jest w szczątkach… zresztą oni nigdy nie powiedzieli dziecko… Po 3 latach zaszłam ponownie w ciąże i od 11 miesięcy jestem mamą mojego drugiego synka. Chciałabym bardzo opowiedzieć mu kiedyś, że ma brata Kubusia. Zawsze 1 listopada zapalamy z mężem znicz na grobie mojego dziadka , światełko dla Kuby;-) wiem, że jest z nami i cieszy się z braciszka. Ze mną nikt nie rozmawiał w rodzinie, milczeli albo głupio się uśmiechali. Mój mąż jest buddystą i jak do Polski przyjechał Nauczyciel męża to mieliśmy piękną uroczystość pożegnania duszy Kuby, to mi bardzo pomogło, obcy ludzie przyszli w tym dniu i byli z nami w tak trudnym dla nas czasie. Dziękuję Ci Sensei i Wam kochani, że wtedy z nami byliście. Dziękuję Panu, że podzielił się Pan z nami tak osobistą sytuacją jaka Was spotkała. Życzę dużo miłości, wiary i cudownej zdrowej i pięknej córeczki. Pozdrawiam ciepło jesteście cudowni. Wiola

  • Aleksandra Bukowska

    Po przeczytaniu tego bardzo cennego wpisu dwie rzeczy cisną mi się na klawiaturę: współczuję i rozumiem. Mi dane było przejść podobną sytuację jednak w bardzo dobrej, przyjaznej i fachowej (na prawdę, nie ma w tych słowach grama ironii) „obstawie” ludzi ze szpitala im. Św. Rodziny na Madalińskiego (a byłam osobą z ulicy, bez jakichkolwiek znajomości etc.). Włącznie z tymi wszystkimi formalnościami wokół Maluszka, którego także jako Człowieka, Nasze Dziecko postanowiliśmy wraz z Mężem pożegnać jak na Człowieka przystało.

  • Aga

    Po utracie dziecka /kolejnego/ do uczuć smutku dochodzi jeszcze kompletny brak koncepcji na przyszłość – co robić? Starać się ponownie? Szukać przyczyn? Zmienić lekarza? Darować sobie? Kiedy dzielimy się takim przeżyciem okazuje się, że wokół jest mnóstwo osób, które mają podobne doświadczenia, ale rady, jakie od nich dostajemy zależą od finału ich własnych starań…
    Bardzo Wam współczuję. Myślę o Was ciepło.

  • Magda

    Serdecznie współczuję i dziękuję za tak cenną naukę, jestem szczęśliwą mamą trójki maluszków, ale nie wiedziałam jak się zachować kiedy koleżance w szóstym miesiącu ciąży umarło maleństwo…Jestem myślami z Wami.

  • http://www.kolor-owanka.blogspot.com/ Kolorowanka

    jestem jedynaczką – podobno, chociaż ja sie za takowa nie uważam. Moja mama 3 razy poroniła zanim ja przyszłam na świat. Mój brat zmarł w 7m.ciąży. Nie udało mi sie go poznać, polubić, pokłucić…
    Mój starszy brat jest dla mnie kims bliskim, cząstką mnie, cząstką mojej mamy….
    Do dnia dzisiejszego odwiedzając jego grób rozmawiam z nim w myślach…
    w końcu to mój starszy brat :)
    Jakiś czas temu i ja poroniłam, nawet nie wiedziałam, że byłam…
    Do dziś mam mieszane emocje, Jest to nadal temat tabu, gdy cie to spotka nie masz nikogo, nic co by ci pomógł. Jedynie dzięki tragedii innych kobiet można cos się dowiedzieć :/

    najszczersze kondolencje i dużo siły i miłości!

  • Joanna

    Dziękuję.
    Za ten wpis.
    Za wszystkie wpisy.
    Za to, źe jesteście.

  • Stokrotka

    http://dozrodla.pl/realizacje/dzien-dziecka-utraconego – informacja o bezpłatnym spotkaniu dla Rodziców po stracie

  • xyz

    napisze wprost-jestem świeżo po poronieniu -12.09 .2013.i to ,co przeczytałam to dla mnie jak film z.W szpitalu,gdzie zostałam zawieziona już przed faktem łyżeczkowania dostałam informację na piśmie co mogę zrobić-pochówek na koszt państwa lub własny.Do tego szczegółowe informacje,które później i tak jeszcze raz mi wręczono.Nic z tych rzeczy,co opisujecie.Lekarze,pielęgniarki,sekretarka ,pani z medycyny sądowej,w zusie-wszyscy sami mówili co teraz musze zrobić itd.W szpitalu czekali 3 tygodnie na moją decyzję,nikt mnie nie poganiał .Poinformowano mnie o możliwości urlopu macierzyńskiego,zasiłku i zasiłku pogrzebowego.Wskazano mi kilka możliwości.A w zakładzie pogrzebowym czekali na moje wytyczne i nikt mi nic nie narzucał.A cena w każdym zakładzie to 2500zł ,ze wszystkimi formalnościami,dodam,że nawet nie musiałąm chodzić do urzedu i załatwiać aktów urodzenia i zgonu,bo tym zajął się zakład pogrzebowy.Dostałam wszystko do ręki.
    w zakłądzie medycyny sądowej spotkałam dwie inne kobiety ,które mówiły z jakiego szpitala przyjechały i jakie mają doświadczenie.wszystkie otrzymały informacje,rady gdzie się udać,co ile kosztuje i czas ….do namysłu co robić dalej.
    ps.mnie poinformowano o dodatkowych badaniach zabezpieczajacych,wytłumaczono szczegolowo co bedą robić i w jakich etapach,pobrano rozmaz do mojego DNA.

  • Nuśka

    Przeżyłam identyczną sytuację rok temu. W tym samym szpitalu. Wiem, że moje Dziecko jest w Niebie i jest Święte (taki mam światopogląd). Rok po Jego śmierci w brzuszku, urodziła się nasza kolejna Córeczka. Ma obecnie 2 miesiące. Życzę Wam wszystkiego dobrego.

  • kldlakd

    Bardzo mi przykro z powodu tego, co Was spotkało. Wiem, jakie to uczucie widzieć swoje martwe dziecko – moje miało 450 g przy poronieniu w 21 tyg i urodziło się żywe, niemniej ze względu na skrajną niedojrzałość zmarło na chwilę po porodzie/poronieniu. Położne przyniosły nam syna, abyśmy mogli się z nim pożegnać – chyba nigdy nie zapomnę tego widoku małego, martwego ciałka. Oczywiście zorganizowaliśmy pogrzeb podobny do Waszego – skromna ceremonia, pochówek w rodzinnym grobie dziadków. Nie zapomnę też komentarza osoby z mojej najbliższej rodziny – „Czy to ma sens? Po co ten pogrzeb i dodatkowe związane z nim bolesne przeżycia?” Dla nas miało sens, nie wyobrażałam sobie nie zorganizować w tej sytuacji pogrzebu i spuszczenia na wszystko zasłony milczenia. Bardzo długo przeżywaliśmy tę stratę i nawet teraz (a minęły już prawie 4 lata) piszę ten komentarz z ciężkim sercem.
    Niektórzy mogą się z tego śmiać czy traktować jako niepoważne, ale wierzę, że u Góry mamy od tej pory mocne wsparcie, a nasze drugie dziecko poczęło się dokładnie w dzień Wszystkich Świętych, czego również nie uważam za przypadek czy dziwny zbieg okoliczności. Jestem pewna, że Wasza córka również mocno Wam kibicuje! Życzę Wam, abyście potrafili udźwignąć ten ciężar i tak, jak piszesz, żyć dalej, żyć w pamięci o tym, co Was spotkało, ale jednak z wielką nadzieją na to, co Was dobrego jeszcze spotka i z wdzięcznością za to, co już od życia dostaliście. Pozdrawiam serdecznie!

  • KAR

    Przeżywam właśnie w tym momencie wszystko to co Wy tu opisujecie :( Dziękuje Wam za tego bloga, wiem że nie jesteśmy sami z takim problemem. Ciężko pisać przez łzy, ale chciałam się podzielić jak wiele daje ten blog w tym natłoku bezsensownych informacji w internecie. Właśnie próbuje wybrać się do szpitala Bielańskiego, nie wiem czy to dobry wybór i co mnie tam czeka, ale wczoraj szpital na Inflanckiej mnie zraził. Czekałam prawie 3 godz do rejestracji, gdy zapukałam zauważyłam Panią siedzącą przy biurku, którą spytałam: „czy mogę”, usłyszałam chamskie: „jak Pani nie rodzi proszę stąd wyjść” i po tym zrezygnowałam. Ehhh zabrakło zaledwie tygodnia na USG po 11 tygodniu, a tak na nie czekaliśmy :( Wszystko wydaję się tak dalekie, jak nie zaczyna dotyczyć Nas ;( Życzę wszystkim siły i spokoju ducha. Mnie niestety sny męczą od kilku dni tak jak by dziecko dawało sygnał….

    Pozdrawiam K

    • Mika

      Ja tez jestem świeżo po stracie mojego dziecka …. wczoraj miałam zabieg w szpitalu na Żelaznej .
      Będąc dwa dni temu (10,1 tc) u lekarza prowadzącego ciąże usłyszałam słowa których nie zapomnę do końca zycia ” Nie widzę bijącego serduszka ” nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić czy płakać czy uciekać…. powiedziałam tylko ze to nie możliwe bo jeszcze 2 tyg wcześniej bilo serduszko … nie mogłam w to uwierzyć … podobno dzieciatko żyło jeszcze 6 dni po ostatnim usg .
      Jadąc do szpitala miałam jeszcze nadzieje ze to pomyłka ze cos nie tak z aparatem usg ale po 6 godz czekania w izbie przyjęć niestety pani doktor potwierdziła słowa lekarza i zostałam przyjęta na oddział .
      W nocy zostały podane leki które miały wywołać poronienie ale oprócz ogromnych boli brzucha i krwawienie nic nie dały .
      O 14 miałam zabieg który spowodował ogromna pustkę zarówno fizyczna jak i psychiczna …Próbowałam się trzymać być twarda ,tłumaczyć sobie ze widocznie tak musiało być … dzieciatko było słabe-od początku miałam zagrożoną ciąże , lepiej teraz niż za miesiąc ,dwa …. Ale wcale tak nie musiało być !!!!!!!!!!!! Tyle planów…tyle marzeń ….układanie sobie wszystkiego w głowie a tu nagle pustka :o(
      Wieczorem wypuścili mnie do domu .
      Dzisiaj mam słabszy dzień…ale musze się pozbierać ! Na szczęście mam w domciu już jedna moja księżniczkę dla której musze być silna tylko nie wiem kiedy będę dość silna żeby jej powiedzieć ze nie będzie miała siostrzyczki albo braciszka…
      Miałam to szczęście ze spotkałam po drodze bardzo dużo pomocnych i życzliwych ludzi ….począwszy od pani doktor która mnie przyjmowała , położnych które co chwila się pytały jak się czuje , czy wszystko w porządku, lekarzy wykonujących zabieg, wspaniałych dziewczynach które leżały ze mną na sali i przechodziły to co i ja …
      Szpital jest naprawdę pomocny w tak ciężkich chwilach , nie wyobrażam sobie gdyby ktoś mnie potraktował inaczej …. [*]