Poród i pierwsze dni po narodzinach

No i stało się – powiększyła się nam rodzina. Nasz syn Franciszek ma młodszą siostrę Łucję. Cieszymy się ogromnie wszyscy. Żona i córka są już od tygodnia w domu, powoli przyzwyczajamy się do nowej sytuacji. Fascynujące jest obserwowanie reakcji Franka na siostrę – z pewnością wkrótce o nich napiszę.

Najpierw jednak chciałbym zrzucić z siebie trochę emocji i wrażeń związanych z porodem oraz pobytem dziewczyn w szpitalu.

Nasza ciąża, ze względu na pewne problemy zdrowotne mojej Żony oraz – jak to się ładnie mówi – obciążony wywiad położniczy, od początku traktowana była jako zagrożona. Ponieważ jednak wszystko szło w miarę dobrze, liczyliśmy, że uda się nam rodzić naturalnie – może nawet w Domu Narodzin przy Szpitalu na Żelaznej. Niestety, córka postanowiła się na te nasze nadzieje – za przeproszeniem – wypiąć i pod koniec ciąży przyjęła pozycję pośladkową, co w połączeniu z jej dużą wagą w zasadzie skazało nas na poród przez cięcie cesarskie.

Moja Żona bała się cięcia – i nie dziwię się jej. Bardzo chcieliśmy rodzić naturalnie. Tymczasem lekarze, którzy rozmawiali z nami o perspektywach porodowych wszyscy zaczynali rozmowę z założeniem, że zapewne chcielibyśmy rodzić przez cięcie cesarskie „no i wygląda na to, że faktycznie nikt nam go nie odmówi.” Wnioskuję więc, że większość pacjentek trafia do nich właśnie z nadzieją na cięcie. I – mając teraz już doświadczenie obu rodzajów porodu – stwierdzam, że jeśli tak jest, to mamy do czynienia z cywilizacyjną porażką. Nie winię ani nie oceniam matek, które boją się porodu naturalnego. Uważam tylko, że zostały oszukane. Oszukane przez kulturę popularną i media powielające wizję naturalnego porodu zupełnie oderwaną od rzeczywistości. Oszukane przez medycynę, która traktuje (lub przynajmniej traktowała) narodziny jak stan chorobowy wymagający obecności lekarzy i ciężkiego sprzętu zamiast jako naturalne przedłużenie życia seksualnego wymagające – podobnie, jak innne jego elementy – intymności, wolności i poczucia bezpieczeństwa. Tak, wiem, że czasem ingerencje medyczne są potrzebne i ratują życie matek i dzieci – sami tego, w pewnym sensie, doświadczyliśmy. Tak, wiem, że czasem poród potrafi być naprawdę ciężki, bolesny i wielogodzinny. W większości przypadków jednak poród może być dla całej rodziny (matki, ojca, dziecka) cudownym doświadczeniem pięknie wieńczącym okres ciąży i otwierającym tę nową wielką przygodę jaką jest wprowadzanie w świat nowego człowieka.

Tymczasem cięcie cesarskie jest operacją. Poważną brzuszną operacją. Odbywa się w jasno oświetlonej sali, w ktorej przebywa jakieś 6 – 8 obcych osób. Jedyny kontakt jaki matka ma z dzieckiem w czasie pierwszych 30 minut to przytulenie policzek do policzka podczas, gdy leży przywiązana do łóżka a lekarze zaszywają rozcięty brzuch. Jeśli przy cięciu może być obecny ojciec, to jest ściśle kontrolowanym gościem a nie uczestnikiem całego wydarzenia. Jestem wdzięczny lekarzom, którzy skutecznie przeprowadzili cięcie cesarskie, w wyniku którego urodziła się Łucja. Wiem, że wykonali dobrą robotę, z dużym prawdopodobieństwem ratującą zdrowie i życie córki i Żony. Generalnie jednak mam poczucie, że to nie jest sposób, w jaki ludzie powinni przychodzić na świat.

O cięciu cesarskim napiszę jeszcze odzielnie – myślę, że relacja, jak to dokładnie wygląda krok po kroku może być użyteczna dla innych rodziców, których czeka podobne doświadczenie. Ja jakoś nie mogłem wydusić od lekarzy i położnych dokładnego opisu tego, co się będzie działo, co tylko zwiększało nasz lęk. Bardzo się starali, ale po prostu nie umieli opowiedzieć, jak to wygląda z punktu widzenia pacjentki. Teraz jednak chciałbym skupić się na pobycie w szpitalu bezpośrednio po porodzie i związanych z nim emocjami.

Gdy urodził się nasz starszy syn, spędziliśmy w szpitalu długie 9 dni. Patrząc na to z perspektywy czasu i późniejszych doświadczeń, stwierdziliśmy, że zapewne przynajmniej o 6 dni zbyt długo. Obiecywaliśmy sobie, że tym razem tego unikniemy i w razie czego wypiszemy się ze szpitala na własne żądanie. Nie udało się nam to jednak i spędziliśmy w szpitalu – bardzo trudne dla mojej Żony – 8 dni (oprócz 10, które ze względu na nieprawidłowe wyniki KTG Łucji spędziła tam przed porodem). Dlaczego trudne? W przypadku obojga naszych dzieci lekarze i położne niepokoili się dużym spadkiem wagi dziecka i powolnym ponownym jej wzrostem. Otóż – jak część Czytelniczek i Czytelników zapewne wie – dziecko zaraz po porodzie zazwyczaj traci trochę wagi, którą odzyskuje w kolejnych dniach. Według lekarzy normalny spadek tej wagi to maksymalnie 10% i odbicie powinno nastąpić już w drugiej – trzeciej dobie. Tymczasem w przypadku obojga naszych dzieci ten spadek był duży a powrót do pierwotnej wagi powolny. Reakcją lekarzy i położnych na taką sytuację jest dyrektywa: oprócz karmienia piersią (do czego na szczęście w szpitalu na Żelaznej systemowo zachęcają) dokarmiać dziecko z sondy (czyli w trakcie karmienia piersią włożyć jeszcze do ust dziecka cieniutką rurkę podłączoną do strzykawki z której podawany jest pokarm), po palcu (w podobny sposób, tylko, że dziecko ssie palec) lub z butelki. Wszystko po to, by była pewność, że dziecko przyjmuje określoną ilość pokarmu (ponieważ z piersi trudno stwierdzić, ile faktycznie przyjmuje). O ile karmienie piersią odbywa się na żądanie (to znaczy, gdy dziecko tego potrzebuje), to takie dodatkowe dokarmianie musi obywać się co trzy godziny. Obowiązują też wytyczne dotyczące tego, ile dziecko powinno w czasie każdego karmienia przyjmować tego dodatkowego pokarmu ((ilość ukończonych dób dziecka – 1) * 10 ml – czyli w trzeciej dobie 20 ml, w czwartei 30 itd). Ten dodatkowy pokarm to odciągnięte laktatorem mleko matki, a gdy nie jest go dość, by osiągnąć te wskaźniki – sztuczna mieszanka.

Co oznacza taka sytuacja dla matki przebywającej w szpitalu? Od strony praktycznej – przede wszystkim dużo ciężkiej pracy. Całą dobę obowiązuje następujący rytm życia:

Zostaje ok. 1,5 godziny do kolejnego karmienia, ale po drodze jeszcze trzeba czasem przewinąć dziecko, przyjąć obchód lekarski, umyć się, coś zjeść – na wciśnięcie drzemki zostaje niewiele. Bardzo obciążający tryb życia, zwłaszcza dla kobiety, która właśnie urodziła i jeszcze nie miała czasu fizycznie i psychicznie dojść do siebie. Zwłaszcza, jeśli urodziła pierwszy raz i jest jeszcze niepewna swoich matczynych kompetencji.

Bo obok kwestii praktycznych dużo bardziej obciążający jest aspekt psychologiczny. Lęk, czy wszystko jest dobrze z dzieckiem. Czy na pewno jest zdrowe? Skoro nie przybiera na wadze, może robię coś źle? Czy mam dość pokarmu? Takie myśli tłoczą się w głowie kobiety, która słyszy, że nie zostanie jeszcze wypisana ze szpitala, bo jej dziecko nie przybiera dość na wadze. To, czy te myśli przerodzą się w atak histerii, czy pozostaną niepokojem, który nie stanie na przeszkodzie normalnego powrotu do sił po porodzie zależy od personelu szpitalnego. Od jego empatii, uważności i delikatności. Od tego, czy reakcje lekarzy i położnych są uspokajające i wspierające, czy oceniające i siejące zwątpienie.

W ciągu tych 8 dni spędzonych w szpitalu, Łucja straciła na wadze 13% i nie zaczęła od razu przybierać. Basia zaczęła ją więc dokarmiać według opisanych wyżej wytycznych. Jednak Łucja odmawiała przyjmowania zalecanych przez położne ilości pokarmu – po prostu zasypiała w trakcie jedzenia lub nie chciała się obudzić o przepisowej porze. Ewentualnie po nabomblowaniu dużą dla niej porcją sztucznego pokarmu zwracała wszystko, co zjadła. Nic więc dziwnego, że nie przybierała na wadze. Jednocześnie wyniki badań krwi i moczu były dobre i nie było innych niepokojących objawów. Stykaliśmy się z dwoma typami reakcji na tę sytuację: „Proszę się nie niepokoić, widać taka jej uroda, proszę karmić przede wszystkim piersią, jak nie da się jej podać tej dodatkowej porcji, to trudno” – z jednej strony a z drugiej: „Ale ona straciła już 15% wagi! A tutaj widzę między karmieniami było nie 3 a 3 godziny 40 minut! I przyjęła tylko 60 ml zamiast 70! Pora skończyć zabawę i zacząć ją poważnie dokarmiać bo będziemy ją musieli zabrać na kroplówkę, by wyrównać jej wagę.” Nie muszę chyba pisać, jak obciążająca dla psychiki matki jest zawarta w tym drugim komunikacie sugestia, że zaniedbuje karmienie swojego dziecka („bawi się, zamiast karmić”).

Do pewnego stopnia jestem w stanie zrozumieć tę drugą grupę lekarzy i położnych. Moja obserwacja była taka, że to zazwyczaj były osoby młodsze, wyraźnie mniej pewnie czujące się w tym zawodzie. Świadomość ciążącej na nich odpowiedzialności – fakt, że, jeśli dziecku przebywającemu na odziale coś się stanie, obwiniane będą one – musi być bardzo trudna. Niemniej jestem głęboko przekonany, że to, czego potrzebowała moja Żona i czego potrzebują wszystkie młode matki przebywające na odziale poporodowym w szpitalu to właśnie spokój, elastyczność i wiara w matkę i dziecko jakie okazywała ta pierwsza grupa położnych. Pomijam już kwestię elementarnej empatii – widząc rozstrzęsioną i głęboko zaniepokojoną matkę łatwo chyba stwierdzić, że brak przyrostu wagi dziecka nie wynika raczej z faktu, iż się ona „bawi” w karmienie. Przede wszystkim mam jednak w sobie głęboką nieufność i niechęć wobec wszelkiego rodzaju norm i tabelek, jeśli chodzi o rozwój dzieci. Wszyscy chyba sobie zdajemy sprawę, że wśród dzieci kilkuletnich oraz wśród dorosłych są ludzie o diametralnie różnych przemianach materii – ludzie, którzy mają różne zapotrzebowanie na pokarm i różnie reagują na ten pokarm przyrostem masy ciała. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by wśród niemowląt było inaczej. Te 30 ml w czwartej dobie to jest przecież jakaś pomocnicza wartość średnia, która nie może przesłaniać ogólnego obrazu tego, czy dziecko jest zdrowe.

Tymczasem tak małe dziecko na pewno nie będzie zdrowe, jeśli zdrowa nie będzie jego matka. Kilkudniowe niemowlę i matka funkcjonują w ścisłej symbiozie. Potrzebują spokoju, odpoczynku, intymności i ciągłej bliskości, by móc się dobrze poznać i wzajemnie siebie nauczyć. Jeśli w czasie tych pierwszych dni nie mają tych warunków, ten wspaniały, ciepły czas stanie się poważną traumą. Czymś, co matka będzie długo wspominła jako czas bardzo trudny i pełen cierpienia. Coś, co poważnie zniechęca do myślenia o kolejnym dziecku.

Zarówno w przypadku Franka, jak i w przypadku Łusi, gdy tylko wróciliśmy do domu, wszystkie problemy zniknęły. Wyrzuciliśmy w kąt wszelkie sugestie dotyczące dokarmiania, pozostając tylko i wyłącznie przy karmieniu piersią na żądanie. Franek wyrósł na dużego zdrowego chłopca, Łusia rośnie i rozwija się w oczach – lekarz, u której byliśmy po kilku dniach na zaleconej kontroli opisała ją jako „ładne i żywe dziecko”. Mamy głębokie poczucie, że w przypadku obojga naszych dzieci ten przedłużony pobyt w szpitalu był niepotrzebnym stresem. Gdybyśmy od początku pozostali przy samym karmieniu piersią nasze dzieci dostawałyby tyle pokarmu, ile w danej chwili potrzebowały i rozwijałyby się bez przeszkód. Ten stres i łzy, histeryczny lęk i wyrzuty sumienia, to jest coś, czego naprawdę nie chcielibyśmy przeżyć ponownie.

Opisałem tu nasze doświadczenia – uroda naszych dzieci widać jest taka, że jako niemowlęta są drobne. Ale słyszałem i widziałem w szpitalu wiele innych matek w podobnej sytuacji. Wiele matek zostaje też w szpitalu dłużej z innych przyczyn zdrowotnych. Dla bardzo wielu rodzin więc kilkudniowy pobyt w szpitalu jest ważnym elementem całego doświadczenia związanego z narodzinami dziecka. I mam głębokie poczucie, że stres i lęk wynikające z braku intymności, spokoju, wolności i poczucia bezpieczeństwa w tych pierwszych dniach po urodzeniu dziecka może być dla matek (zwłaszcza tych, które urodziły po raz pierwszy) poważnym powodem dla którego mogą nie chcieć zdecydować się na kolejne dziecko. Pośrednio, ale bardzo wyraźnie – atmostera, jaką w szpitalu tworzy personel medyczny wpływa na przyrost naturalny w naszym kraju. Empatia i cierpliwość, zaufanie i spokój – to postawy, które mimo ciężkich warunków pracy ten personel musi w sobie znajdować każdego dnia, by matki, które urodziły chciały powtórzyć to doświadczenie.

Rodziliśmy w szpitalu Św. Zofii przy ul. Żelaznej w Warszawie. I nie chciałbym być źle zrozumiany – większość personelu jest tam naprawdę wspaniała, jesteśmy im wdzięczni za opiekę i nadal nie wyobrażamy sobie rodzić gdzie indziej. Zresztą z tego, co słyszę, atmosfera, jaką tworzą położne i lekarze z Żelaznej jest o niebo lepsza od tej, jaką spotyka się w większości innych szpitali. Ale nadal dużo jest do zrobienia. A najważniejsza jest moim zdaniem świadomość, że o jakości opieki nad rodzącymi i ich dziećmi bardziej od remontów, jakości sprzętu i komfortu wyposażenia decyduje właśnie ludzkie doświadczenie rodzących matek. Zapewnienie im przez cały czas pobytu w szpitalu poczucia emocjonalnego bezpieczeństwa i empatycznego wsparcia.

Rola personelu medycznego jest kluczowa, ale oczywiście ten apel można swobodnie rozszerzyć na wszystkie inne osoby stykające się z kobietami w połogu – w pierwszych tygodniach po urodzeniu dziecka. Wszyscy powinniśmy pamiętać, że kobiety w tym czasie nie potrzebują naszych dobrych rad („Tylko się nie denerwuj, bo stracisz pokarm!”) i natarczywych pytań („Masz dość pokarmu?”). Kobiety – a także inni członkowie najbliższej rodziny – potrzebują odpoczynku i spokoju, po to by w swoim tempie i na swój sposób nauczyć się funkcjonować w układzie bogatszym o nowego człowieka.


  • MJ

    Mówiąc o tej wolności, intymności itp. warto też wspomnieć o tym, że w tym szpitalu jak to sam ująłeś „systemowo zachęcają” do karmienia piersią. To wg mnie również źle wpływa na te kobiety, które nie chcą karmić piersią (i mają do tego prawo). Decyzję taką podejmują z różnych przyczyn. Jedna z moich znajomych mi opowiadała, że niektóre czują się tak osaczone przez personel, że ulegają tej presji, a gdy w końcu wracają z Dzieckiem do domu natychmiast przechodzą na butelkę. To jest dokładanie Kobietom niepotrzebnego stresu. Kobieta powinna słuchać siebie w macierzyństwie i nie zmuszać się do rzeczy, których nie chce, bo to będzie wpływać na jej relacje z dzieckiem.
    Życzę wszystkim Pacjentom aby personel medyczny był bardziej ludzki i traktował każdego człowieka podmiotowo.
    Pozdrawiam :-)

    • http://naludzi.pl/ Naludzi.pl

      Fakt, nie znam tej perspektywy. Według regulaminu, który wisi na korytarzach Żelaznej mają zachęcać do karmienia piersią a jeśli kobieta nie chce karmić piersią, mają upewnić się, czy nie wynika to z braku wiedzy na ten temat lub lęku ale uszanować jej decyzję. Wyobrażam sobie, że nie zawsze to tak wygląda w praktyce.