Pochwały

Uwielbiam być chwalony. Nie cierpię być chwalony. Uwielbiam i nie cierpię zarazem. Z jednej strony gdzieś głęboko w brzuchu rozchodzi się rozkoszne ciepełko, gdy słyszę, że ktoś mnie chwali. Czuję się bosko, gdy ktoś docenia moje liczne zalety: nieprzeciętny intelekt, sprawność wymowy, celne obserwacje i wspaniałe poczucie humoru. Z drugiej strony, nie mogę znieść tego, jak słodki syrop pochwał oblepia i zamula mi mózg. Jak utrudnia uzyskanie trzeźwego obrazu sytuacji, jak zaburza moje postrzeganie osoby, która mnie chwali. W końcu, jak wpływa na podejmowane przeze mnie decyzje.

Pochwały to naprawdę potężne narzędzie. W niebywały wprost sposób pozwala wpływać na ludzi. Już wielokrotnie orientowałem się, że np. zacząłem odczuwać sympatię do kogoś, kogo zachowania dotąd nisko ceniłem, po tym, gdy np. celnie dostrzegł i skomentował jakąś moją zaletę. Czasem byłem świadom, że pochwała jest grubymi nićmi szyta – wydawała się niezasłużona – a i tak odnosiła swój skutek. Nawet pisząc na Naludzi.pl wpadam w pułapkę, jaką zastawiają na mnie pochwały. Złapałem się już kilkukrotnie na autocenzurze – odrzucałem jakiś temat, ponieważ wydawał mi się niepopularny – bałem się, że spadnie mi ilość fejsbukowych lajków (które są przecież nie czym innym, jak właśnie internetową pochwałą).

Pochwały są jak narkotyk – większość z nas jest od nich uzależniona i dlatego tak doskonale sprawdzają się jako narzędzie manipulowania ludźmi. Dlatego też staram się oszczędzić synowi tego uzależnienia i nigdy za nic Franka nie chwalić.

Wydaje się być czymś ciepłym, miłym i sympatycznym, jednak pochwała i nagroda – w mojej ocenie – jest niczym innym, jak drugą stroną nagany i kary. Wbrew pozorom, nie ma dużej różnicy, czy chwalę dziecko za jakieś zachowanie, czy też krzyczę na nie z jego powodu. W obu sytuacjach ustawiam się w roli osoby, która ma prawo oceniać drugiego człowieka. W obu przypadkach przekaz, jaki trafia do dziecka jest taki, że to od zdania kogoś innego zależy, czy coś jest dobre, czy złe. Czy ja jestem dobry lub zły. A – jak już wielokrotnie o tym pisałem – uważam, że każdy człowiek (także ten najmniejszy) powinien szukać kryteriów tej oceny w sobie.

Czy to oznacza, że staram się zgasić tak naturalny chyba dla każdego rodzica zachwyt nad dzieckiem i podziw dla rzeczy, które robi każdego dnia odkrywając świat i budując siebie? Czy odwracam wzrok od tych cudowności? Nie. I nikogo do tego nie namawiam. Wręcz przeciwnie – sądzę, iż warto nauczyć się cieszyć i doceniać dary, którymi obdarza nas dziecko. Wierzę jednak, że istnieje inna droga, niż pochwała.

Porozumienie bez przemocy Marshalla Rosenberga daje tutaj ciekawą podpowiedź. Zarówno w „To, co powiesz, może zmienić świat” jak i w „Porozumienie bez przemocy. O języku serca” (obie pozycje gorąco polecam!), autor proponuje, by nie chwalić osoby, która sprawiła nam radość. Zamiast oceniać i powiedzieć „Marshall, jesteś wspaniały”, lepiej dokonać obserwacji: co takiego zrobił Marshall, co wzbogaciło moje życie i uczyniło je lepszym? I następnie o tej obserwacji opowiedzieć i w jej kontekście wyrazić wdzięczność. Jeśli Marshall usłyszy: „To, co powiedziałeś o dotarciu do własnych potrzeb, pozwoliło mi lepiej zrozumieć moją relację z dorastającym synem. Dziękuję Ci za to.”, to przede wszystkim, nie zostanie pozbawiony w roli przedmiotu – przedmiotu czyjejś oceny. Po drugie zaś, dajemy mu szansę dowiedzieć się dokładnie, jak wywarł pozytywny wpływ na innego człowieka i otaczający go świat. A z takiej wiedzy można czerpać prawdziwą wewnętrzną radość i satysfakcję.

Podobny motyw odnajdziemy w książce już typowo skupionej na wychowaniu dzieci – w „Wyzwolonych rodzicach, wyzwolonych dzieciach” Adele Faber i Elaine Mazlish. Gdy dziecko przyniesie pokazać nam swój rysunek, jeśli powiemy mu, że rysunek jest cudowny (albo wręcz najwspanialszy na świecie) a ono jest wybitnym malarzem, zapewne to dziecko już nic więcej tego dnia nie narysuje. Bo po co, skoro już stworzyło dzieło doskonałe? A nawet jeśli narysuje (dodam od siebie), to zapewne już z pewnym napięciem i starając się raczej powtórzyć już wykorzystane wątki i techniki, niż radośnie tworząc coś nowego. Maluje już przecież pod ciężarem „olbrzymiego sukcesu”.

Jeśli jednak zamiast tego uważnie przyjrzymy się namalowanemu obrazkowi, postaramy się wniknąć w to, co dziecko w nim widzi, to dziecko poczuje przede wszystkim, że jest dla nas kimś ważnym. Kimś, kogo zainteresowania i praca są dla nas godne uwagi. Po drugie, jeśli powiemy mu, jak wpłynął na nas jego rysunek – np. wyjątkowo promienne zestawienie kolorów sprawiło, że przypomniało się nam lato i aż się uśmiechnęliśmy – zwiększamy szansę, że dziecko usiądzie i zacznie dalej eksperymentować z różnymi odcieniami kolorów.

To mogą być niuanse, ale są to ważne niuanse. Wydaje mi się, że lekcja ze spostrzeżeń zarówno Rosenberga, jak i Faber i Mazlish są takie, że pochwała jest radością krótkotrwałą i na dłuższą metę krzywdzącą. Trwały i pozytywny wpływ na budowanie więzi z drugim człowiekiem niesie dostrzeżenie go i dopuszczenie do tego, by wywarł on pozytywny wpływ na nasze życie.

Przekładając to na naszą  relację z Frankiem – staramy się cały czas dostrzegać go i jak najlepiej rozumieć jego spojrzenie na świat (a jak cudownie świeże i odkrywcze bywa spojrzenie na świat z perspektywy trzylatka!). Staramy się czerpać radość ze wszystkiego, co nam daje – z samej jego obecności, jego opowieści, jego rysunków i piosenek. I bardzo się staramy, by widział, jak pozytywny wpływ wywiera na nasze życie. Nie chwalimy go jednak. Jeśli bowiem powiemy mu, że jest cudowny, bo coś zrobił, to w tym zdaniu ukryta będzie groźba, że powiemy mu, że jest okropny, jeśli zrobi coś innego. A kim my jesteśmy, by mówić drugiemu człowiekowi, jaki jest?


  • Karolina

    Dziękuję za ten tekst, kilka dni temu prowadziłam dyskusję właśnie na temat pochwał i ten artykuł będzie świetnym skryptem dla moich wywodów. Pozwoliłam sobie udostępnić na FB. Piszę nie po to by „ponarkotyzować ” autora pochwałami, ale by podzielić się refleksją która naszła mnie w trakcie lektury. Rezygnacja z pochwał jest jak zamiana gorącego kubka na treściwą domową zupę jarzynową. Wymaga czasu i uwagi. Ale odżywia na prawdę a nie daje tylko szybką ulgę w głodzie. Metoda okazywania wdzięczności dziecku bardzo do mnie przemawia, taki stan dziękczynienia jest niezwykle energetyzujący i sprawia ze muszę trzymać kontakt z samą sobą, o sobie myśleć, i siebie znać bo muszę wiedzieć z czym we mnie rezonuje rysunek, wierszyk który mówi moja mała córka, co mi się podoba.A kontakt ze sobą, ukorzenienie jest niczym innym jak mocą. I widze jak to automatycznie zaczyna działać, im więcej uważności tym mniej etykietek/pochwał a więcej szczerego wzbogacającego życie kontaktu.

    • http://naludzi.pl/ Naludzi.pl

      Tak, w ogóle mam wrażenie, że paradoksalnie, ilość szeroko pojętego zła na świecie byłaby znacznie mniejsza, gdyby ludzie nie tracili tak łatwo kontaktu z samym sobą.

  • lovespatient

    Pochwaliłabym Cię za ten tekst…;-) Ale może lepiej podziękuję, że wspominasz o tym. Zauważyłam, że to coś, co bardzo trudno mi wytłumaczyć innym. Ba, pamiętam, jak kiedyś przedszkolanka przyszła po mnie pochwalić Anię, na co córka zareagowała histerią. Mówię pani, że Ania nie lubi być chwalona. Popatrzyła jak na kosmitkę. Myślałam nad tym potem i wydaje mi się, że może nawet lubi. Ale nie lubi być ciągle oceniana, a tamta pani (na szczęście teraz nie jest już Ani wychowawczynią) była jedną z najbardziej oceniających osób, jakie spotkałam. I moje dziecko miało wyraźną alergię na ciągłe ocenianie jego zachowania. Także pozytywne. PS To ja love’s patient, ale piszę jako gość, bo mam jakieś problemy z disqusem

  • Yoanka

    A mnie cały czas nurtuje pytanie – co może czuć i myśleć dziecko, którego rodzice nie chwalą, bo wiedzą, że może to być szkodliwe, a przez dziadków chwalone jest niemalże za wszystko co zrobi, łącznie z „o jak pięknie rzuciłaś piłeczkę, no prześlicznie!”. Nie znalazłam jeszcze odpowiedzi…

    • http://naludzi.pl/ Naludzi.pl

      Pewnie w idealnym świecie najlepiej byłoby porozmawiać z dziadkami i przekonać ich, że takie chwalenie to nie jest najlepszy wyraz ich miłości. Może podrzucić im jakieś książki?

      • Yoanka

        „W idealnym świecie” – ważne określenie. W tym realnym rozmów było wiele, dziadkowie, jak to dziadkowie „no jak to dziecka nie pochwalić?”
        Dlatego przestałam już zastanawiać się jak ich przekonać, ale raczej jak wspierać córkę w tych okolicznościach.

        • Margaret

          Yoanka, uważam, że uczymy się całe życie. Obserwuję to na Babci, której niby nie dało się zmienić, bo ona jest „starszą osobą i tak już ma i nigdy się nie zmieni” i co się okazało? Że wcale nie, że dużo rozumie i zmienia się i nawet się do tego umie czasem przyznać!, dlatego moim zdaniem warto podsuwać książki, mówić, tłumaczyć, rozmawiać. Prędzej czy później „zaskoczą” o co chodzi, co Ciebie pewnie zaskoczy 😉 Słonecznie pozdrawiam :)

  • http://zielonashamandura.blogspot.com/ Zielona Shamandura

    Tyle miesięcy minęło. Czekam na kolejne Twoje wpisy.
    Pozdrawiam serdecznie 😉

  • Wodzirej Petit

    Wspaniały blog !!!! Prosimy o więcej postów :)

    Zapraszamy do nas: http://naszerodzicielstwobliskosci.blogspot.com/