Rodzic obładowany sprzętem

Jak pewnie każdy młody rodzic, przeżyłem 9 miesięcy oczekiwania na narodziny naszego syna jako czas pełen niepokoju i poddenerwowania charakterystycznego np. dla okresu poprzedzającego przeprowadzkę lub rozpoczęcie nowej pracy/nowej szkoły. Był to po prostu czas przygotowań do czegoś zupełnie nowego i nieznanego. W takiej sytuacji człowiek poszukuje rad i sugestii osób, które już znają ten nowy świat, do którego mamy się właśnie wprowadzić – innych rodziców. Oczywiście najprościej jest przygotować się materialnie i właśnie do listy potrzebnych przedmiotów sprowadzają się rady dla młodych rodziców, które usłyszymy od znajomych i przeczytamy w większości źródeł.

Jestem wdzięczny wszystkim, którzy wspierali nas w tamtym okresie radą. Każda otrzymana wskazówka była dla nas bardzo cenna i przede wszystkim pomagała odzyskać poczucie kontroli nad sytuacją. Pamiętam, że fakt, iż nie wiemy, ile i jakich ubranek będziemy potrzebowali był przyczyną poważnego stresu – co jeśli Franek pojawi się u nas w domu i po tygodniu okaże się, że nie mamy go w co ubierać? Jakiego rozmiaru powinny to być ubranka? W rozwianiu takich wątpliwości rada jakiejś rozsądnej doświadczonej mamy jest nieoceniona. Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie, że co do zasady 90% procent sprzętów, w jakie młodym rodzicom każą się wyposażyć różnego rodzaju poradniki (a czasem inni rodzice) jest zupełnie niepotrzebna.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale niepostrzeżenie jesteśmy przekonywani, że chowanie małego dziecka to jakieś niebywale trudne technicznie przedsięwzięcie. Wymaga całej masy specjalistycznego drogiego sprzętu i specjalnie przygotowanych pomieszczeń. Przecież to bzdura! Czy naprawdę mamy wierzyć, że o ile wszystkie stworzenia jakoś sobie radzą, to ludzkie szczenięta wymagają dla prawidłowego rozwoju zupełnego przeorganizowania przestrzeni, w której żyją dorośli? Czy przez setki tysięcy lat rodzice przed urodzeniem dziecka wydawali trzykrotność swoich miesięcznych dochodów na sprzęt i wyposażenie niezbędne, by ich dzieci normalnie rosły i funkcjonowały? Z pewnością nie i nie ma takiej potrzeby także i teraz.

Wydaje mi się ważne, by uświadomić sobie, że ciąża i chowanie małego dziecka to nie są choroby. To najnaturalniejsza sytuacja na świecie, do której zarówno dziecko jak i rodzice zostali bardzo skutecznie przystosowani w wyniku setek tysięcy lat ewolucji. Dziecko co do zasady jest przystosowane do tego, żeby po prostu wkroczyć w świat dorosłych taki, jakim go sobie urządzili. Potrzebuje opieki i uwagi dorosłych, a nie tysięcy przedmiotów, które mają mu zapewnić zdrowie, wygodę i rozwój.

Na końcu podam listę rzeczy, które rzeczywiście – w mojej ocenie – są przydatne, ale zacznę od kilka przykładów bezsensownych zakupów, które zrobiliśmy przeczytawszy/usłyszawszy, że takie rzeczy potrzebne są młodym rodzicom:

Wymienię jeszcze dwa sprzęty, które są na liście opisanej „oczywiście, że trzeba kupić”, a o ile nie twierdzę, że się na pewno nie przydadzą, to zachęcam młodych rodziców do tego, by zastanowili się, czy na pewno będą potrzebne. W naszym przypadku oba okazały się zupełnie bezużyteczne, a niestety oba są dość drogie:

Powyżej przedstawiłem tylko kilka przykładów sprzętów – w mojej ocenie – zupełnie niepotrzebnych lub wcale niekoniecznie potrzebnych a narzucanych młodym rodzicom jako niezbędne. To tylko przykładowa lista – sam już pewnie zapomniałem o wielu rzeczach, które mieliśmy i których się pozbyliśmy. Zachęcam jednak do krytycznego spojrzenia na wszelkie listy rzeczy potrzebnych po narodzeniu dziecka pod kątem odfiltrowania z nich wszystkiego, co pojawia się tam w wyniku założenia, że opieka nad dzieckiem wymaga „specjalistycznego sprzętu”.

Krótka lista rzeczy, które rzeczywiście warto mieć, pomijając ubranka:

Oczywiście na tej liście nie ma jeszcze pieluch i kosmetyków – ale to długi temat, który zostawię już zupełnie na oddzielny wpis. Jak widać lista jest naprawdę baardzo krótka i naprawdę taka ma być.  Nic więcej na starcie nie potrzeba. A jeśli stwierdzicie, że potrzeba, spokojnie możecie to dokupić już po urodzeniu dziecka.

Konkretne rozwiązania sprzętowe to już szczegół zależny od osobistych preferencji rodziców i dzieci. Najważniejsze jednak, to uświadomić sobie, że naprawdę matka i ojciec to 99% tego, czego potrzebuje dziecko. Poza tym nie ma żadnych niezbędnych przedmiotów, nic, co „musicie mieć”. Jest zaledwie kilka – kilkanaście przedmiotów, które mogą się Wam przydać. I nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej.

 


Dziecko jest człowiekiem – proste?

Dziecko jest człowiekiem – to pozornie oczywiste stwierdzenie, w praktyce zdaje się wielu ludziom sprawiać pewien problem.

Jest wiele powodów, dla których o tym zapominamy. Po pierwsze, z dzieckiem trudno się porozumieć. Od wieków wiemy, że mamy skłonność do oceniania tego, czy jakaś istota jest człowiekiem po tym, czy możemy się z nim porozumieć („czy mówi w jakimś ludzkim języku”). Dopiero na pewnym poziomie cywilizacyjnym stwierdziliśmy, że jednak cudzoziemcy to też ludzie. Po drugie, dziecko zachowuje się często inaczej niż my, wygląda inaczej niż my i generalnie jest inne od wszystkiego, co spotykamy w dorosłym świecie. A znów wiemy, że bardzo łatwo nam wykluczać z grona ludzi tych, którzy są inni (patrz: kolor skóry).

Jakie są objawy tego, że nie uważamy dziecko za człowieka? Jest wiele przykładów:

Wszystko to (i wiele innych) to są rzeczy, które często robimy z dziećmi. A nigdy nie pozwolilibyśmy sobie na nie wobec (dorosłego) człowieka. Zwłaszcza takiego, na którym bardzo nam zależy. Czyli  łatwo zapominamy o tym, że dziecko jest człowiekiem i wymaga traktowania jak człowiek.

O wszystkich tych konkretnych zachowaniach i problemach będę jeszcze pisał (jak łatwo się domyślić, nasz syn rzadko jest do czegokolwiek zmuszany, nigdy nie miał w ustach smoczka, je kiedy i co chce, chodzi spać, kiedy jest senny, pierwsze sześć miesięcy życia karmiony był tylko piersią).

Póki co jednak sygnalizuję tylko proste ćwiczenie umysłowe, które sam praktykuję i do którego zachęcam wszystkich rodziców – czy jeśli to dziecko miałoby 1,7 m wzrostu i mówiło normalnie, też traktowałbym je w ten sposób? Jeśli odpowiedź brzmi: „nie”, warto, moim zdaniem, mieć bardzo dobry powód tego odmiennego traktowania. Bo dziecko uczy się od nas tego, jak traktuje się innych ludzi. Wszystko czego nauczy się od nas teraz, wróci do nas, gdy będziemy starzy i niedołężni – sami zależni od swojego dziecka.


Rewolucja!

Rozpoczynając swoją przygodę z rodzicielstwem, warto, moim zdaniem, przeczytać przynajmniej jedną książkę. Z pewnością warto czytać ich więcej (choć nie polecam opierania swoich rodzicielskich wyborów wyłącznie na radach z niezliczonych dostępnych na rynku poradników), ale jeśli ktoś miałby przeczytać tylko jedną książkę o wychowaniu dzieci, to zdecydowanie zachęcałbym, by było to „W głębi kontiunuum”  Jean Liedloff.

Tytuł jest – jak dla mnie – niezachęcający, ale książka jest niebywała i zdecydowanie, każdy rodzic z naszego kręgu kulturowego powinien się z nią zapoznać. Jest to po prostu lektura, która otwiera nam oczy na to, czym stało się chowanie i wychowanie dzieci w  porównaniu z tym, czym powinno być w stanie – nazwijmy to  – naturalnej równowagi.

W głębi kontinuum okładka

Okładka „W głębi kontinuum” ze strony wydawcy

Autorka spędziła pewien czas w amazońskiej dżungli żyjąc z plemieniem Indian Yequana i obserwując ich sposób życia, a zwłaszcza opieki nad dziećmi. Dowiadujemy się, jak zapewne wyglądało wychowanie dzieci w stanie naturalnym – czyli stanie najbardziej dostosowanym do psychofizycznych uwarunkowań rozwoju człowieka.

„W głębi kontinuum” jest dla nieprzygotowanego czytelnika wstrząsającą lekturą. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wszyscy nasiąknęliśmy różnymi przekonaniami na temat tego, co się robi a czego się nie robi z dzieckiem. Dopiero po zetknięciu z koncepcjami opisanymi w tej książce, może sobie Czytelnik uświadomić, jak głęboko osadzone są w nas różne – w istocie absurdalne – założenia dotyczące wychowania dzieci.

Do wielu myśli przekazanych we „W głębi kontinuum” pewnie będę jeszcze w kolejnych wpisach wracał, ale poniżej przedstawię kilka najważniejszych moim zdaniem wniosków:

Łatwo jest „W głębi kontinuum” ośmieszyć i zlekceważyć. Książka została napisana w Stanach Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych XX w. Dominował tam wtedy, z tego co wiem (niestety nie mogę teraz znaleźć źródła tej informacji), mocno „betonowy” model wychowania – „niech dziecko wypłacze się w łóżeczku” itp. Książka stanowiła więc wezwanie do rewolucji. Do całkowitego przedefiniowania podejścia do wychowania dzieci. Jak każde wezwanie do rewolucji, książka jest w wielu miejscach przesadzona. Autorka wiele swoich hipotez dotyczących tego jakie szkody przynoszą nowoczesne, „cywilizowane” sposoby wychowania, przedstawia jako pewne twierdzenia, bez ich należytego udowodnienia. Czasem zaś podane przez nią recepty nie dadzą się wprost przenieść z realiów amazońskiej dżungli do wielkiego miasta – czego autorka zdaje się nie zauważać.  W szczególności dotyczy to ostatniego z wymienionych przeze mnie wyżej punktów – instynktu samozachowawczego.

Nie powinien jednak Czytelnik zbywać tej książki stwierdzeniem  że to dzieło wariatki, która każe rodzicom kochać się przy dziecku i zostawiać je samo na skraju przepaści. Pozostawiając rozsądnej ocenie konkretne rady czy koncepcje, bardzo ważne jest, moim zdaniem, by przyswoić sobie ogólne wnioski płynące z tej książki. Przede wszystkim, to, że człowiek w wyniku ewolucji został ukształtowany tak, by dziecko – mały człowiek – sprawnie i płynnie włączało się w bieg życia wspólnoty, w której przyszło na świat bez konieczności stosowania stosu środków technicznych i farmakologicznych oraz technik zaczerpniętych z tresury zwierząt.  „W głębi kontinuum” uczy jak proste i przyjemne mogłoby być wychowanie, gdybyśmy nie nagromadzili w ostatnich – na oko dwóch – wiekach wielu bezsensownych i błędnych przekonań i praktyk. Rewolucja do której wzywa autorka, to przede wszystkim rewolucja polegająca na odrzuceniu bezrefleksyjnego powielania przyjętych w dzisiejszym społeczeństwie wzorców wychowania. Lektura obowiązkowa!


Jaki cel nam przyświeca?

Myślę, że najważniejsze pytanie, jakie powinien sobie zadać każdy rodzic, to jaki cel przyświeca mu w wychowaniu dzieci? Jeśli będziemy znali cel, możemy zastanowić się nad ogólnymi zasadami, którymi chcemy się kierować a od ogólnych zasad już tylko mały krok do przełożenia ich na codziennie podejmowane decyzje.

Oczywistą odpowiedzią jest, celem rodziców jest dobro dziecka. Jak jednak zdefiniujemy to dobro? Podejrzewam, że większość rodziców zgodzi, się, że chcieliby, żeby ich dzieci były szczęśliwe. Mam nadzieję, że większość zgodzi się także, że chcieliby, żeby to dziecko było dobre i mądre. Żeby wyrosło na ludzi. To znaczy, żeby nie tylko osiągnęło osobiste szczęście, ale także, żeby było wartościowym członkiem społeczeństwa. Być może można znaleźć szczęście w bezmyślności lub egoizmie (choć wątpię w to), ale jednak ja przynajmniej nie chciałbym zachęcać Franka by był bezmyślny lub egoistyczny, nawet, jeśli dałoby mu to szczęście. Uważam – to już kwestia światopoglądu – że człowiek musi dążyć do mądrości, by być człowiekiem.

Słowem – celem naszym ma być wychowanie mądrego i dobrego człowieka, który dzięki swojej mądrości osiągnie szczęście i będzie także wartościowym członkiem społeczności. W zasadzie można to zamknąć do „mądrego”. Wydaje mi się, że nie można być mądrym i złym. Można być inteligentnym i złym, ale już mądrość implikuje dobroć – czyli dążenie do sprawiedliwości i tego, by wszystkim żyło się lepiej (co od razu załatwia nam temat wartościowego członka społeczeństwa).

Należy więc zadać sobie pytanie, co sprawia, że ktoś jest mądry. Czy musi być inteligentny? Zapewne tak – potrzebuje pewnej sprawności umysłowej, by móc dostrzegać i pojmować abstrakcyjne koncepcje i zjawiska kryjące się za otaczającą go rzeczywistością. Nie wydaje mi się jednak, by inteligencja była kluczowym czynnikiem. W tym znaczeniu, że jest wielu ludzi szalenie inteligentnych, którzy jednak nie są mądrzy – jest też wielu mądrych ludzi, którzy nie są ponadprzeciętnie inteligentni. Wystarczy im, że są inteligentni.

Mam wrażenie, że od inteligencji ważniejszym „elementem konstrukcyjnym” mądrego człowieka jest równowaga emocjonalna. Mądry człowiek musi być zdolny ocenić siebie, ocenić koncepcje i zjawiska, podjąć rozważne decyzje niezależnie od różnego rodzaju emocjonalnych nacisków, szantaży i manipulacji, którym na każdym kroku będzie poddawany. Musi więc połączyć pewność siebie, wewnątrzsterowalność i pokorę. Musi akceptować siebie a jednocześnie w miarę obiektywnie oceniać siebie i swoje zachowanie a także brać odpowiedzialność za siebie i swoje wybory. Nie może wyciągać wniosków na temat swojej wartości na podstawie cudzych opinii a jednocześnie powinien zachować szacunek do innych i zdolność słuchania (bo tylko to pozwala uczyć się od ludzi). W końcu powinien świadomie poszukiwać mądrości – czyli w każdej sytuacji zastanawiać się, jakie rozwiązanie jest dobre, słuszne, sprawiedliwe.

Uznałbym więc, że o ile celem ogólnym wychowania Franciszka ma być to, by był człowiekiem mądrym, cele szczegółowe prezentowałyby się następująco:

Nie wiem, czy jest to lista kompletna. Pewnie jeszcze z biegiem czasu będę ją uzupełniał. Wierzę jednak, że stanowi dobry punkt wyjścia. Cele pozwalają sformułować spójne zasady, dzięki którym wiemy, jakie są kryteria do wybierania słusznych rozwiązań w każdej chwili, w której musimy podjąć jakąś decyzję.