Będzie bolało

W filmie Largo Winch 2 jest  taka scena, w której w apartamencie hotelowym przebywa matka z synkiem w wieku pewnie 3-4 lat. W jednym pokoju dziecko ogląda telewizję, a w drugim matka zostaje zamordowana. Dziecko w pewnym momencie orientuje się, że dawno nie widziało mamy i zaczyna chodzić po apartamencie wołając ją. Na początku spokojnie, z czasem coraz rozpaczliwiej. Oglądając tę scenę z Żoną jakieś pół roku po urodzeniu syna, oboje ledwo powstrzymaliśmy szloch. Długo potem jeszcze nie mogłem się z niej otrząsnąć. Po prostu odkąd urodził się Franek jakakolwiek myśl o krzywdzie dziecka jest dla nas nie do zniesienia.
Co dopiero myśl o krzywdzie naszego własnego syna. Gdy coś mu się stanie i robi tę charakterystyczną dla dzieci podkówkę – znak wielkiego smutku i wielkiej krzywdy, która go spotkała – po prostu uginają się pode mną nogi i czuję, że mógłbym zrobić wszystko, by oszczędzić mu bólu i cierpienia.


O piersiach

Kończąc może na razie temat odżywiania, napiszę jeszcze o karmieniu piersią. Jest w tym temacie kilka wątków, które warto poruszyć i kilka faktów, o których chciałbym, żeby mi powiedziano zanim urodził się Franek (a musiałem je potem odkryć sam).

Nie ulega wątpliwości, że karmienie piersią jest dla niemowlęcia dobre. Trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek przygotowany przez człowieka pokarm mógł być lepiej dostosowany do potrzeb dziecka niż to, co w toku ewolucji przygotowała dla niego natura. Uważam więc, że w ramach ogólnego promowania rozwiązań zdrowych, karmienie piersią powinno być popularyzowane. Czyli matki powinny być do takiego karmienia zachęcane przede wszystkim poprzez rzetelne informowanie o tym, jak to robić i jakie to ma pozytywne konsekwencje dla nich i dla dzieci.


Nie karm dziecka!

Gdy oczekiwaliśmy narodzin dziecka, jedną z niewielu rzeczy, o których myślałem z niechęcią patrząc w przyszłość, było karmienie niemowlaka. Nie wgłębiając się nigdy w temat, byłem przekonany, że koniecznym etapem na drodze do odchowania dziecka jest faza karmienia go przecierami, rozgotowanymi kaszkami i innymi tego rodzaju paćkami. Niestety, jedną z wielu moich słabości jest ta, że brzydzę się większości pokarmów o konsystencji brei.


Cukier krzepi?

Jednym z najbardziej irytujących mnie mitów na temat (wy)chowania małych dzieci jest, to, że należy im dawać słodycze. Uzasadnienia są różne: „bo bez tego nie będą miały prawdziwego dzieciństwa”, „bo przecież tak bardzo się cieszą”, „przecież muszą mieć jakąś radość z życia” itp. Gdy słyszę takie opowieści muszę się powstrzymywać, by nie odburknąć, że gdybyśmy dzieciom dawali kokainę też pewnie by się z tego cieszyły.


Zabawki

Dwie rzeczy, które kojarzą się natychmiast z dziećmi to zabawki i słodycze. Ze słodyczami rozprawię się w kolejnym wpisie, a teraz pochylmy się chwilę nad zabawkami. (Prawie) każdy dom, który widziałem, jeśli mieszkały w nim małe dzieci, cały usiany był zabawkami. Wszędzie mnóstwo rozczłonkowanych, plastikowych przedmiotów w jaskrawych, nienaturalnych kolorach. Często wydających brzydkie elektroniczne dźwięki, bardzo często będących w brzydki sposób upostaciowionymi (czy każdy samochód i samolot musi mieć oczy?!)


Spanie

Pamiętam, że gdy w czasie studiów przez trzy miesiące wakacji mieszkałem w Wielkiej Brytanii i konsumowałem z zapałem tamtejsze gazety, kilka razy trafiłem na temat tzw. „co-sleeping”. Nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. W artykułach było to opisywane jako kontrowersyjna praktyka, którą jednak stosują prawie wszyscy rodzice, tylko nie przyznają się do tego publicznie.


Czy chciałbyś jeździć w wózku?

Jednym z oczywistych zakupów jakich dokonują rodzice przed urodzeniem dziecka jest wózek. Gdy myślimy o przemieszczaniu dziecka w zasadzie nie przychodzi nam do głowy nic innego.

Czy wózek to rzeczywiście jedyny i najlepszy wybór?  Zróbmy małe ćwiczenie umysłowe i wyobraźmy sobie, jak to jest podróżować w gondolce. Leżymy sobie na plecach, czujemy miłe kołysanie, ale wpatrujemy się najczęściej w spód wózkowego daszka. W polu widzenia mamy też kawałek nieba (ewentualnie skrawki drzew i budynków) i rodzica widzianego z nienaturalnej perspektywy (trochę tak, jakbyśmy leżeli na ziemi u jego stóp). Słyszymy przytłumione mocno odgłosy ulicy i ewentualnie urywki rozmów rodzica z innymi ludźmi. Czy chcielibyśmy tak spędzać czas? Czy uznalibyśmy to za interesujące?


O piciu

Gdy myślimy o tym, co dziecko powinno pić, przychodzą nam od razu do głowy dwa hasła: butelki ze smoczkiem/kubki niekapki (jeśli chodzi o to, w czym pić) oraz soczki/herbatki (w kategorii: co pić?). Picie to jeden z koronnych przykładów tego, jak szkodliwe i nieracjonalne są bezrefleksyjnie powielane powszechne teorie o sposobach opieki nad dziećmi.


Gdzie miś ma oczko?

Mam takie silne i wracające do mnie czasem wspomnienie z dzieciństwa – zdziwienie i frustrację, które odczuwałem, gdy słyszałem, jak dorośli traktują mnie tak, jakbym nie rozumiał tego, co mówią podczas, gdy ja rozumiałem doskonale! Miałem tylko problem z przekazaniem w słowach tego, co rozumiem.

Jaki z tego wyciągam wniosek? Małe dziecko jest w stanie nauczyć się bardzo wiele o otaczającym go świecie tylko na podstawie normalnych interakcji z rodzicami i resztą otoczenia. Bardzo szybko zaczyna rozumieć bardzo wiele. To, co przychodzi (zazwyczaj) stosunkowo później  to zdolność wyrażania równie skomplikowanych pojęć, ale nie powinno nas to zmylić. Jeśli dziecko normalnie uczestniczy w naszym życiu, czyli towarzyszy dorosłym tam, gdzie to możliwe, bierze udział we wspólnych posiłkach, rozmowach i innych aktywnościach, samo zacznie szybko rozumieć podstawowe pojęcia z otaczającego go świata.

Nigdy, ale to nigdy nie pytaliśmy Franka: „gdzie miś ma oczko?”, „gdzie na obrazku jest kotek?” ani nie zadawaliśmy innych tego rodzaju pytań, od których większość dorosłych zaczyna każdą  swoją interakcję z małym dzieckiem. W miarę możliwości staraliśmy się też przekonać innych przebywających z nim dorosłych (dalszą rodzinę), by się od tego powstrzymali.

Dlaczego podjęliśmy taką decyzję? Po pierwsze, wierzymy gorąco, że dziecko należy traktować poważnie, tak jak traktuje się dorosłego. Bo dziecko dojrzewa i uczy się świata poprzez obserwację. A bardzo byśmy nie chcieli, żeby nauczyło się, że jeśli ktoś jest od nas zależny, słabszy lub po prostu inny, to można go traktować jak idiotę. Czyli zadawać mu po 100 razy to samo banalnie proste pytanie (najlepiej jeszcze ze sztucznym uśmiechem) i cieszyć się sztucznie, gdy odpowie na nie prawidłowo.

Po drugie, zadawanie tego rodzaju pytań, to początek sprawdzania dziecka. To pierwszy z serii testów: czy dziecko osiągnęło już to, czego od niego oczekujemy? Pierwszy krok w kierunku przekonywania go, że jego wartość zależy od oceny otoczenia. Musi pokazywać, gdzie miś ma oczko i nie może się pomylić, bo mama będzie smutna. A jeśli nie pokazuje, to pewnie coś jest z nim nie tak. To wszystko są zaczątki kreowania nawyku poszukiwania swojej wartości w ocenie innych. A to, jak będę zawsze powtarzał, bardzo szkodliwy nawyk.

Franek ma teraz 2 lata i 3 miesiące. Jakie są efekty naszej taktyki nie uczenia i nie przepytywania go z części ciała, kolorów, zwierzątek itp? Jakimś cudem Franek sam zaczął pokazywać gdzie nasz pies ma ucho, gdy w czasie rozmowy wspominaliśmy to ucho. Sam zaczął kłaść sobie rękę na głowie, gdy w książeczce czytaliśmy fragment o baranie, który na głowie miał rogi. Ale to jeszcze nic! Wielokrotnie bardzo nas zaskakiwało, jak wcześnie rozumiał różne skomplikowane pojęcia. Gdy np. widziałem, że szukał piłeczki, mówiłem, że piłka jest za drzwiami sypialni po prawej i 1,5 roczny szkrab kierował się do sypialni i skręcał w prawo.

Zamiatanie, robienie prania i wycieranie przedmiotów szmatką stało się zresztą stałym hobby naszego syna.

Zamiatanie, robienie prania i wycieranie przedmiotów szmatką stało się zresztą stałym hobby naszego syna.

Albo gdy rozsypałem na podłogę trochę ziemi kwiatowej i powiedziałem do Żony, że zaraz to będę musiał zamieść, Franek zniknął nagle w kuchni i wrócił ze zmiotką. Już tak małe dziecko jest się w stanie połapać w abstrakcyjnym opisie topografii mieszkania lub w wyrwanym z kontekstu rozmowy rodziców opisie czynności (w tym przypadku wcale w naszym mieszkaniu nie codziennej). Naprawdę nie potrzebuje więc tego, by sprawdzać, gdzie na obrazku jest kotek.

Oczywiście nie twierdzę, że należy ignorować fakt, że bagaż doświadczeń dziecka jest mniejszy od dorosłych i np. czytać mu do poduszki podręczniki z fizyki kwantowej lub też obrażać się, jeśli nie rozumie czegoś z otaczającego go świata. Zawsze trzeba dostosować komunikat do jego docelowego odbiorcy. Tak, jak w przypadku dorosłych nie jest dobrym pomysłem mówić slangiem informatycznym do muzyka, tak mówiąc do dziecka warto mówić w taki sposób, by biorąc pod uwagę swoje małe doświadczenie miało szansę jak najwięcej zrozumieć. Ale to nie jest jakaś zupełnie innego rodzaju komunikacja. To nadal jest człowiek – taki, który bardzo szybko się uczy i rozwija. Niech więc ma szansę uczyć się prawdziwych zastosowań języka. Pozwólmy dziecku uczestniczyć w rozmowach dorosłych, pokazujmy mu świat, komentujmy rzeczy, które je zainteresują zamiast robić mu bezsensowne egzaminy z części ciała pluszowego misia.


Masz być niegrzeczny!

Jednym z najsilniej wpojonych nam przekonań dotyczących dzieci jest to, że powinny być grzeczne. Tak zwane grzeczne dzieci i powszechne dążenie do tego, by dzieci były grzeczne, to ogromne nieporozumienie o tragicznych konsekwencjach dla całego społeczeństwa.

Zdjęcie0364_001

Dobry syn – „niegrzecznie” wyjął wszystkie chusteczki z pudełka.

Co to bowiem znaczy, że dziecko ma być grzeczne? Ma „grzecznie słuchać”, „grzecznie siedzieć”, „grzecznie jeść”, „grzecznie się bawić”, „grzecznie pomagać”. Mam wrażenie, że wszystko to sprowadza się do tego, by dziecko robiło to, czego akurat oczekują od niego dorośli. Dlaczego? Dlatego, że taka jest ich wola, tak jest im wygodnie, tak będzie słodko wyglądało, takie jest ich wyobrażenie na temat tego, jak taka mała istotka powinna się zachowywać.

Jedną z konsekwencji uświadomienia sobie tego, że dziecko to też człowiek, jest brak zgody na podwójne standardy. Nie można oczekiwać, że jako dzieci będziemy robili A, podczas, gdy jako dorośli mamy robić B. Bo gdzie postawimy granicę? Na 18 roku życia? 9 września mamy być jeszcze grzeczni jak dziecko a 10 września już zachowywać się jak dorośli?

A przecież raczej nie oczekujemy od dorosłych, żeby byli „grzeczni”. W odniesieniu do dorosłych już nawet użycie tego samego słowa ma inne znaczenie – grzeczny dorosły to nie taki, który się słucha starszych, a po prostu jest uprzejmy i stosuje się do społecznych konwenansów (typu ustępowanie miejsca starszym). A grzeczne dziecko to takie dziecko, które bez szemrania robi to, czego się od niego oczekuje, dlatego, że się tego od niego oczekuje. 

Czy naprawdę chcemy uczyć nasze dzieci, żeby spędzały swoje życie poszukując aprobaty i wyjaśnienia swoich zachowań w zdaniu innych? Czy od dorosłego człowieka oczekiwalibyśmy, żeby bezrefleksyjnie wykonywały polecenia innych? Czy chcemy, żeby dzieci wyrastały w przekonaniu, że życie polega na narzucaniu swojej woli słabszym i zależnym od nas?

Z pewnością nie! Co więcej, na każdym kroku widzimy, że zbyt wielu dorosłych wyrosło w przekonaniu  że trzeba być grzecznym. Największe zbrodnie i ludzkie tragedie mają swoją przyczynę w strachu: „co ludzie pomyślą”. A czym jest ten strach? Właśnie odmianą „bycia grzecznym”. Dążeniem do tego, by coś zrobić, dlatego, że „tak to się robi”, „tak robią wszyscy”, „tego się od nas oczekuje”.

Dorosły, mądry i odpowiedzialny człowiek za jedyne kryterium podjęcia się lub powstrzymania od określonego działania powinien przyjmować słuszność, mądrość i sprawiedliwość. A skutecznej oceny tych kryteriów można dokonać tylko we własnym sercu i umyśle. I właśnie tych kryteriów i sprawnego się nimi posługiwania powinniśmy dzieci uczyć. Nie grzeczności!

Czy to znaczy, że namawiam do tego, by dzieci zachowywały się niekulturalnie przy stole, przeszkadzały dorosłym i niszczyły wszystko, co napotkają na drodze? Absolutnie nie. Kulturalne zachowanie przy stole, poszanowanie cudzej pracy i własności czy wreszcie czyjegoś spokoju – wszystko to są zachowania, które mają swoje uzasadnienie właśnie w zasadach słuszności, sprawiedliwości, szacunku dla innych. Jeśli dziecku nie będziemy narzucali określonych zachowań, zapewne pierwsze, co zrobi, to zacznie naśladować rodziców i innych dorosłych. W końcu obserwując ich stara się zrozumieć, o co w tym życiu chodzi. Jeśli rodzice jedzą sztućcami, pewnie samo też spróbuje.

Oczywiście przyjdzie moment, w którym podejmie eksperyment – a co, jeśli zacznę rzucać jedzeniem? I dobrze, że podjęło ten eksperyment! Jak w przyszłości ma znajdować kreatywne rozwiązania problemów, jeśli będzie karane za eksperymenty? Ale jeśli to rzucanie jedzeniem przeszkadza współbiesiadnikom lub np. niszczy ściany, to trzeba mu spokojnie wskazać te konsekwencje, wyjaśnić dlaczego są one niepożądane w kontekście właśnie słuszności, sprawiedliwości i szacunku dla innych. W ostateczności – jeśli nie daje się przekonać – uniemożliwić mu to działanie (np. zabierając mu jedzenie, którym rzuca). Ale też bez gniewu i karania. Bo nie chodzi o ocenę danego zachowania (jako dobre/niedobre) ani o podporządkowanie sobie dziecka. Chodzi tylko o to, że dane zachowanie ma konsekwencje, na które nie możemy się w danej chwili zgodzić i dlatego staramy się nie dopuścić do tych konsekwencji.

Dziecko – człowiek – to istota społeczna. Z założenia zaprogramowane jest do zgodnego współistnienia z innymi ludźmi. To współistnienie sprowadza się jednak do szacunku do innych ludzi i ich praw, nie do tworzenia hierarchicznych struktur bezwzględnego posłuszeństwa.

Tego uczymy Frania. Nie pozwolę, by mój syn był grzeczny. Wkurza mnie, gdy ktoś tak o nim mówi. Ma być niegrzeczny! Chciałbym nauczyć go dążenia do mądrości i sprawiedliwości oraz szacunku dla innych ludzi.