Język tresury

Czterolatek już coraz bardziej przypomina dorosłego człowieka. Fizycznie – nadal niski, ale już z bardziej dorosłymi proporcjami i rysami twarzy. Mówi już bardzo sprawnie, więc można porozmawiać na wiele tematów. Coraz szerzej bierze udział w życiu społecznycm. Gwałtownie wzrasta więc – w porównaniu do poprzednich lat – presja otoczenia na to, by zachowywał się „jak dorosły”. „Jak dorosły”, czyli grzecznie, posłusznie i zgodnie z oczekiwaniami starszych.

Tymczasem, taki czterolatek zachowuje się tak, jak (zdrowy) dorosły człowiek. Decyduje, co z otaczającej go rzeczywistości podoba mu się, a co nie. Co go złości, niepokoi lub denerwuje. A kiedy coś go złości, niepokoi lub denerwuje, szuka taktyk obronnych. I właśnie głównie w tym doborze taktyk obronnych występuje jedyna w zasadzie różnica między czterolatkiem a dorosłym. Dorosły ma już duże doświadczenie – wie, co działa w określonych okolicznościach lepiej, co gorzej. Ma też za sobą zazwyczaj wiele lat treningu ukrywania swoich potrzeb ze względu na określone oczekiwania społeczne. Czterolatek tego (szkodliwego) treningu za sobą jeszcze nie ma, ma też mniejsze doświadczenie w stosowaniu różnych taktyk obronnych. Stąd jego zachowanie dla (tradycyjnie myślącego) dorosłego jest zaskakujące i „niedpouszczalne”. Tradycyjnie myślący dorośli dwoją się więc i troją, by te niepokojące zachowania wygasić.

Mała uwaga na marginesie – jestem pod olbrzymim wrażeniem języka. Uważam, że jest to fascynujący system i zjawisko, które jest czymś znacznie szerszym, niż tylko prostym narzędziem do przekazywania komunikatów między ludźmi. Język kreuje rzeczywistość, kształtuje świadomość, demaskuje różne ukryte założenia i mechanizmy kierujące naszym myśleniem. I właśnie język, którego ludzie bardzo często używają wobec kilkuletnich dzieci doskonale pokazuje, jak nieludzko je traktujemy. Konkretnie chodzi mi o sformułowanie: „Czy on jest już nauczony…?”

Za naszym synem (i za nami) mnóstwo ludzi chodzi i pyta: czy on jest już nauczony spać w swoim łóżeczku? (umie spać nawet na siedząco, spanie w łóżku jest łatwe); czy on jest już nauczony, że trzeba się dzielić zabawkami? (eee… nie trzeba) i tak dalej i tak dalej. A czy to, do licha, jest pies, żebyśmy go „uczyli” konkretnego zachowania? Dla mnie to jest język tresury.

Czy Twój mąż jest już nauczony zamykać po sobie klapę toalety? A czy Twoja żona jest już nauczona wyciskać tubkę pasty od końca, nie od środka? Brzmi dziwnie? Raczej w zdrowym związku nie formułujemy w ten sposób swoich potrzeb, prawda? Raczej mówimy o tym, że przeszkadza nam określone zachowanie męża/żony i wyrażamy prośbę, by je zmienił/zmieniła. A jeśli tego zachowania nie zmienia, to raczej nie stawiamy do kąta albo nie zabraniamy oglądania telewizji, prawda? Chyba nie wpłynęłoby to dobrze na relację.

Jeśli zależy nam na jakimś zachowaniu Franka, wynika to zapewne z jakiejś naszej potrzeby. Gdy tak jest, rozmawiamy z nim o tej naszej potrzebie i formułujemy prośbę. Jeśli on nie chce jej zrealizować, staramy się dociec, jaka jego potrzeba jest zagrożona, skoro nie chce tej prośby zrealizować. Szukamy rozwiązań dobrych dla obu stron. Zazwyczaj się to udaje. Nasze potrzeby są zaspokojone, jego potrzeby są zaspokojone a nasza relacja zyskuje. Oczywiście zdarzają się (nierzadko) sytuacje, w których nie udaje się nam znaleźć rozwiązań, które godzą potrzeby obu stron albo też Franek nie jest gotów iść na jakiekolwiek ustępstwa. No i trudno – żyjąc z drugim człowiekiem (a tak, dziecko też człowiek) – trzeba się liczyć z tym, że czasem jakieś jego zachowanie będzie nam przeszkadzało. Nie daje nam to jednak prawa do tresowania tego drugiego człowieka.

Oczywiście relacja rodzica z dzieckiem – zwłaszcza w warunkach rozwiniętej cywilizacji technicznej dużego miasta – ma swoją specyfikę. Zdarzają się sytuacje, w których nie możemy sobie pozwolić na nie realizowanie określonej naszej potrzeby (np. musimy wyjść z domu i nie możemy tam zostawić syna samego) i nie mamy zbyt dużo czasu na negocjacje. Zdarza się nam wtedy stosować ograniczoną przemoc (np. siłą ubieramy syna i wynosimy). Zawsze jednak takie sytuacje uważam za swoją rodzicielską porażkę. I co najważniejsze – nigdy za taką sytuację nie obwiniamy syna. Tak, masz prawo być wściekły, bardzo mi przykro, że muszę Cię do tego zmusić, ale niestety nie widzę w obecnej sytuacji innego wyjścia. Nie: „Ty wstrętny bachorze, ubieraj się natychmiast, bo nie obejrzysz wieczorem bajki”.

Nasz syn nie jest niczego nauczony. Ale myślę, że zdążył już zaobserwować, że o ile nie wszystkie potrzeby są równie ważne, to nie jest tak, że potrzeby jednych ludzi są ważniejsze od potrzeb innych ludzi. Niezależnie od tego, kto jest starszy a kto młodszy, kto silniejszy a kto słabszy.


  • Barbar Glanowsk

    Sposób, w jaki traktujemy dzieci, determinuje rozwój świata. Pięknie! Porozumienie bez przemocy w praktyce :) Formułowanie potrzeb i ich dostrzeganie jest niezwykle ważne. Ciekawe czy zaobserwowałeś jak rozwija się w dziecku potrzeba posiadania? Jak przechodziliście przez fazę „To moje!”? Moim zdaniem pragnienie posiadania jest źródłem wielu problemów w dorosłym życiu. Dlaczego tak bardzo chcemy mieć to co nam się podoba? Kochając coś chcemy to mieć, a kiedy to zdobywamy tracimy, bo przestaje nas nie zachwycać. Czy nie można inaczej…? Pozdrawiam Was ciepło! Basia

    • http://naludzi.pl/ Naludzi.pl

      Właśnie nie zauważyliśmy takiej fazy u Franka. Straszono nas jej nadejściem, ale nic takiego się nie pojawiło. Zdarza mu się od czasu do czasu, że denerwuje się, gdy ktoś bierze jakąś jego rzecz i reaguje dość gwałtownie, ale równie często zdarza mu się zupełnie nie zwrócić uwagi na taką sytuację lub samemu coś komuś zaoferować. Zdarza się też, że stwierdza, że nie potrzebuje jakiejś rzeczy i ją wyrzuca. Nie zauważyliśmy, by któreś z tych zachowań nasiliło się w jakimś okresie szczególnie.
      Jestem przekonany, że do pewnego stopnia fascynację posiadaniem dzieciom narzucamy – chociażby robiąc wielkie halo z wręczania olbrzymich ilości prezentów. Dzieci w końcu zaczynają myśleć, że te przedmioty muszą mieć duże znaczenie, skoro dorośli kładą na nie taki nacisk. Nie muszę mówić, że bardzo nas takie podejście denerwuje, ale trudno je w otoczeniu wyplenić :)