Grupa

Pamiętam, że ktoś, z kim kiedyś toczyłem wiecznie powracającą dyskusję na temat tego, czy jedynactwo negatywnie wpływa na wychowanie dziecka, stwierdził: „Nie mam nic do jedynaków. Denerwują mnie za to strasznie rodzice jedynaków, którzy na placach zabaw biegają za dziećmi i popychają je co i rusz w stronę kolegów nerwowo zachęcając: no idź, pobaw się z nimi”. Sam jestem jedynakiem, więc zapewne nie jestem obiektywny, ale nie – jestem przekonany, że jedynactwo nie sprawia, że człowiek staje się bardziej samolubny lub pod jakimś względem gorszy. Za to wpajanie dziecku od najmłodszych lat, że ważne jest uzyskanie akceptacji koleżanek i kolegów już wydaje mi się być mocno ryzykowne.

Jest to jedna z obsesji naszych czasów – „łatwo nawiązujący relacje”, to obok „kreatywnego” jedna z czołowych cech, które pojawia się w prawie każdym CV. Każdy chciałby być towarzyski i każdy rodzic chciałby taką cechę wykształcić u swoich dzieci. I do pewnego stopnia jestem to w stanie zrozumieć. Faktycznie, generalnie dobrze jest nawiązywać relacje z ludźmi. Faktycznie, pewne rzeczy są dużo prostsze dla osób, które mają naturalny talent nawiązywanie i podtrzymywania wielu różnych znajomości. Wydaje mi się jednak, że taki lub inny model budowania swojej siatki powiązań społecznych (szybko i wiele płytszych, czy powoli kilka głębszych) zależy po prostu od wrodzonych predyspozycji i – podobnie, jak z innymi rzeczami w wychowaniu – próbując cokolwiek na siłę wykształcić u dziecka, można narobić więcej szkód, niż uzyskać korzyści.

Czego bowiem uczymy kładąc tak duży nacisk na to, by dziecko bawiło się z innymi dziećmi? Że podążanie za grupą jest ważne? Że akceptacja ze strony innych jest ważna? Naturalna chęć przynależenia do jakiejś grupy i tak się przecież pojawi. Zwłaszcza u nastolatków w pewnym momencie chęć należenia do grupy bywa przecież przemożna – często robi się wtedy dla niej bardzo dużo. Po co więc wzmacniać tę tendencję?

Z tą przyjaciółką dobrze się Frankowi maluje deszcz.

Z tą przyjaciółką dobrze się Frankowi maluje deszcz.

Istnieje takie pojęcie, jak „pułapki zbiorowego myślenia”.  Niestety, doświadczenie uczy, że grupa osób nader często podejmuje decyzje znacznie gorsze, niż podjąłby każdy uczestnik tej grupy z osobna. W przyszłości, nasze dziecko wielokrotnie znajdzie się w sytuacji, w której lepiej, żeby sprzeciwiło się presji społecznej. Czy to będzie grupa kolegów na obozie namawiająca do palenia, czy uczestnicy spotkania w pracy, którzy będą chcieli pójść na skróty z jakimś rozwiązaniem. Wydaje mi się, że to, czego raczej powinniśmy uczyć nasze dzieci to nieufność, a przynajmniej krytyczne podejście do wszystkich bodźców płynących z zewnątrz. Jesteś na placu zabaw, gdzie dzieci bawią się i biegają, ale coś Ci mówi, że nie chcesz z nimi biegać? W porządku. Bądź sobą, idź za swoim wewnętrznym głosem. To ten głos jest najważniejszy.

Czy w ten sposób chowamy jednostkę aspołeczną? Nie! W takim podejściu nie chodzi bowiem o to, by stawiać swój interes ponad interesem grupy. Chodzi o dobre rozeznanie swoich potrzeb, granic i odczuć niezależnie od presji społecznej. Dobre rozeznanie i bronienie tych potrzeb nie stoi w sprzeczności z poszanowaniem potrzeb innych ludzi w tym potrzeb całej społeczności. Dobre współdziałanie z innymi ludźmi bierze się z empatii i dobrej komunikacji, nie ze strachu przed odrzuceniem.

Zdrowa i wartościowa relacja z drugim człowiekiem nie może być wynikiem jakiejś presji ani nacisków. Wydaje się, że większość ludzi zgadza się teraz np., że aranżowane małżeństwa to nie najlepszy pomysł. Podobnie przecież nie da się też wymusić relacji niższego poziomu – przyjaźni, czy nawet zwykłej sympatii naszych dzieci do innych dzieci. Zostawmy to im samym.

My w każdym razie nigdy nie namawiamy Franka do jakichkolwiek interakcji z innymi dziećmi. Bawi się z nimi jeśli chce, ile chce i jak chce. Wierzę, że pozbawiony zewnętrznej presji sam będzie najlepiej umiał ocenić, relacje z którymi ludźmi go wzbogacają i w jakich grupach czuje się dobrze.