Cięcie cesarskie

Opiszę, jak wyglądało cięcie cesarskie, w wyniku którego w połowie marca urodziła się moja córka. Operacja miała miejsce w Szpitalu Św. Zofii przy ul. Żelaznej w Warszawie. Nie jest to w żadnym wypadku rzetelna naukowa informacja na temat cięć cesarskich. Nie badałem tematu dokładnie, nie jestem lekarzem, nie wiem, jak wygląda ta operacja w innych szpitalach – być może są różnice nawet w tym samym szpitalu zależnie od zespołu, który akurat pracuje. Niemniej, mam nadzieję, że szczegółowy opis tego, jak to wyglądało z naszej perspektywy pomoże lepiej przygotować się do porodu tą drogą rodzinom, które czeka takie doświadczenie.

Ponieważ córka pod koniec ciąży ułożyła się pośladkowo i była dużym dzieckiem (w terminie porodu mogła mieć ponad 4 kg), zakwalifikowano nas do planowego cięcia cesarskiego. Nie wszystko jednak odbyło się planowo. Mniej więcej trzy tygodnie przed wyznaczoną datą porodu pojawiły się niepokojące zapisy KTG (czyli pomiaru tętna dziecka) – Żonę przyjęto na oddział patologii ciąży i w końcu zdecydowano o przyspieszeniu cięcia o dwa tygodnie. Było to więc cięcie planowe (to znaczy nie wykonywane nagle w trybie pilnym), ale wcześniejsze, niż by to wynikało z wieku ciąży.

Przygotowania

Ze względu na to, że cięcie miało się odbyć nie w terminie porodu, dwa dni przed operacją podano Żonie sterydy, które podobno mają przyspieszyć rozwój płuc dziecka – tak, by na pewno zaczęło samo dobrze oddychać po porodzie (lekarz zapytany o konieczność podania sterydu, mimo ciąży donoszonej – pełne 37 tygodni – wytłumaczył nam, że w przypadku cesarskiego cięcia sterydy są podawane do 39 tygodnia ze względu na gorszą adaptację dzieci urodzonych tą drogą). Od wieczora dnia poprzedzającego operację Żona nie mogła nic jeść, od 2 w nocy nie mogła nic pić. Rano w dniu operacji dostała w kubeczku porcję dezynfekującego mydła w płynie, którym miała się dokładnie umyć pod prysznicem (gdyby została przyjęta do planowego cięcia cesarskiego w dniu poprzedzającym operację, prysznic taki musiałaby wziąć także wieczorem, gdyż nie byłaby „skolonizowana bakteriami szpitalnymi”, jak tłumaczyły położne). Po tym prysznicu Żona przebrała się już też ze swojej koszuli nocnej w szpitalną (do wyboru biała lub majtkowo-różowa, niestety nie jest rozcięta na plecach jak w amerykańskich filmach – zwykła krótka koszula nocna z grubej bawełny). W zaleceniach przedoperacyjnych jest prośba o niegolenie włosów łonowych na dwa tygodnie przed operacją (z obawy przed możliwością pojawienia się zapalenia mieszków włosowych w polu operacyjnym). Przed samą operacją położna podgoliła Żonie górną część owłosienia łonowego. Od rana Żona przyjęła też dwie kroplówki nawadniające, a niedługo przed cięciem, doustnie płyn mający ograniczyć wydzielanie soków żołądkowych (niedobry słono-gorzki). Prywatne rzeczy Żony (i ubranka przygotowane dla córki) spakowaliśmy do toreb, które na czas operacji, podpisane przez położne, trafiły do schowka. Żona zostawiła sobie tylko telefon komórkowy, który cały czas miała potem przy sobie.

Żona wcześniej zgłosiła położnym, że chciałaby, bym był obecny przy cięciu, jednak ode mnie nie wymagano żadnych szczególnych przygotowań – ponieważ w naszym przypadku cięcie odbywało się wczesnym popołudniem, gdy tylko rozpoczęły się godziny odwiedzin (od 11:00), mogłem być obecny przy Żonie i wspierać ją swoją obecnością, choć niewiele praktycznych rzeczy miałem do zrobienia.

Na bloku operacyjnym

W końcu, 13:25 przyszły dwie położne powiedzieć, że jedziemy na cięcie. Jedziemy, ponieważ Żonę wieziono na wózku (podobnym do inwalidzkiego, choć nie wiem, czy powinno się go tak w tym przypadku nazywać). Zjechaliśmy we czwórkę windą dwa piętra niżej na blok porodowy. Dotarliśmy pod jego drzwi o 13:28. W tym miejscu rozdzieliliśmy się – ja wszedłem do męskiej szatni (podobna do typowej szatni basenowej), przez którą można przejść na blok operacyjny a Żona z położnymi wjechała przez główne drzwi.

Położna z oddziału patologii ciąży, która zwoziła nas na dół nie umiała mi powiedzieć, co mam zrobić w tej szatni – stwierdziła, że ktoś po mnie przyjdzie i wszystko mi wyjaśni. Przypadkiem jednak razem ze mną wchodził do szatni jakiś lekarz, który pokazał mi szafkę dla gości, w której mogłem zostawić swoje rzeczy, dał mi zielone spodnie i koszulę oraz pokazał kapcie przypominające Crocsy. Powiedział, że mogę zostawić sobie bieliznę i skarpetki, do kieszeni koszuli wzciąć telefon lub aparat i kluczyk od szafki. Faktycznie po chwili przyszła do szatni pielęgniarka, która ucieszyła się, że już jestem przebrany i poprowadziła mnie na korytarz przed salą, w której miała się odbywać operacja. Wskazała mi stojącą tam kanapę i poleciła na niej usiąść. Przyniosła mi też czepek i maseczkę i jeszcze raz podkreśliła, że mam tu siedzieć i czekać, aż mnie zawołają. Kanapa była ustawiona tak, że gdy otwierały się drzwi, nie widziałem wnętrza sal, ale przechodząc widziałem, że Żona siedzi na łóżku i z kimś rozmawia.

Relacja mojej Żony: „Po przyjściu na salę operacyjną przeprowadzoną ze mną krótki wywiad zdrowotny (choroby przewlekle, choroby w ciąży, leki przyjmowane na stałe, leki przyjmowane w ciąży), zapytano mnie o wiek i wzrost (chyba, żeby sprawdzić przytomność mojego umysłu :)). Potem Anestezjolog wytłumaczyła mi, jak będzie działało znieczulenie (będę czuła dotyk, głaskanie, ciągnięcie, ale nie będę czuła bólu – miała rację) i przystąpiła do jego aplikacji. Najpierw zdezynfekowała miejsce wkłucia w odcinku lędźwiowym kręgosłupa, następnie znieczuliła mi skórę, a na koniec podała zastrzyk ze znieczuleniem właściwym. Wszystko w pozycji siedzącej – plecy trzeba było wygiąć w łuk, co przy dużym ciążowym brzuchu jest dość trudne. Czułam jak jakiś płyn jest wtłaczany w moje plecy – najpierw rozlał się po prawej stronie, następnie po lewej. Po podaniu znieczulenia zostałam poproszona, by szybko położyć się na plecach. Już leżąc, poczułam mrowienie w nogach, ciepło rozlewające się po nich i dużą ciężkość. Ktoś powiedział, że będzie teraz układać moje nogi i mam nie stawiać oporu. Jeśli dobrze czułam i pamiętam, nogi zostały zgięte w kolanach a stopy połączone ze sobą. W takiej pozycji leżałam jednak tylko chwilę, kiedy zakładano mi cewnik (czułam, ale nie bolało). Na czas operacji nogi miałam wyprostowane.”

Ja w tym czasie założyłem czapeczkę, zawiązałem sobie na twarzy maseczkę i czekałem. Wydawało mi się, że mija strasznie dużo czasu – potem okazało się, że nie mogło to być więcej, niż parę minut. Sam blok operacyjny robi kosmiczne wrażenie. W szpitalu przy Żelaznej generalnie jest czysto i ładnie. Ale tam miało się wrażenie, że jest wręcz sterylnie, cicho i nowocześnie jak na statku kosmicznym. Co chwilę prze korytarz przechodzili lekarze i pielęgniarki w strojach jak z amerykańskich seriali medycznych – dotykali małego panelu przy drzwiach, które otwierały się automatycznie przesuwając się w bok z cichym szelestem.

Operacja

W końcu z sali wyjrzała do mnie jakaś pielęgniarka i zaprosiła do środka. Byłem zaaferowany i nie miałem czasu się za bardzo rozejrzeć. W każdym razie na środku jasno oświetlonej sali, głową w stronę drzwi leżała na łóżku moja Żona w czepku i maseczce tlenowej na twarzy. Tuż poniżej linii ramion miała rozstawiony zielony parawan, za którym widziałem lekarzy. Ręce miała szeroko rozłożone i przywiązane do łóżka, popodłączaną do nich jakąś aparaturę (na pewno kroplówkę i mankiet ciśnieniomierza). Po drodze zdążyłem jeszcze zauważyć, że jej telefon leży na stoliczku pod ścianą. Poprowadzono mnie na mały metalowy taboret, który stał tuż za głową Żony i polecono tu siedzieć. Obok mnie siedziała bardzo sympatyczna anestezjolog. Stała tam też maszyna, która robi „ping”. Anestezjolog jeszcze raz przypomniała Żonie, że będzie teraz czuła dotyk i dziwne uczucie w brzuchu, ale nie będzie czuła bólu. Zapytałem, czy mogę chwycić Żonę za ramię, na co Anestezjolog powiedziała, że tak, jest to wskazane, tylko mam nie sięgać za parawan (znaczy byli ojcowie, którzy mieli taki pomysł?!).

Operacja najwyraźniej od razu się rozpoczęła. Widziałem tylko Żony głowę i ramiona, ale widok był przerażający – całe ciało Żony kiwało się na boki tak, jakby jej coś z brzucha wyszarpywano, a nie wycinano. Zresztą z oddechów i ruchów lekarzy, których widziałem nad parawanem również wynikało, że wykonują ciężką fizyczną pracę.

W tym momencie przypomniało mi się, że lekarz, którego na oddziale prosiłem, by opowiedział mi, co się będzie działo, powiedział, że operację przeprowadza się w taki sposób, by jak najmniej ciąć. Rozcina się tylko te powłoki brzuszne, które trzeba a mięśnie, które się da oszczędzić, rozchyla się tylko, by potem na tempo wyjąć dziecko.

W pewnym momencie Żona powiedziała: „To już”. Zapytałem, jak to – przecież dopiero się zaczęło, ale faktycznie 3 sekundy potem usłyszeliśmy pierwszy krzyk naszej córki. Anestezjolog potwierdziła na głos czas urodzin – 13:45. Tak, 17 minut po tym, jak zjawiliśmy się pod drzwiami bloku operacyjnego. Jak dla mnie – zaskakująco szybko. Przestałem się w tym momencie dziwić, że cesarskie cięcie w trybie awaryjnym – np. gdy w KTG spada tętno dziecka – lekarze są w stanie przeprowadzić w 5 minut.

Usłyszeliśmy jeszcze wymianę zdań lekarzy, którzy między sobą skomentowali fakt, iż nic dziwnego, że dziewczynka nie mogła się obrócić głową w dół – za bardzo zaplątała się w pępowinę. Po chwili przyszła pielęgniarka i powiedziała, że mogę podejść do córki. Poprowadziła mnie w kąt sali, w którym leżało takie kosmiczne łóżeczko z lampą. Na nim leżała sobie na boczku nasza córka. Przy niej pracowały dwie panie. Oglądały ją, zrobiły jej zastrzyk z witaminy K, odessały małą sondką płyny z jamy ustnej, ważyły, uzupełniały dokumentację. Ja w tym czasie byłem zachęcany do robienia zdjęć, zapytany, czy chcemy szczepić dziecko. W końcu panie poinformowały mnie, że dziecko jest zdrowe, wszystko jest dobrze, jedynie, żeby zwrócić uwagę na język – zapewne konieczne będzie podcięcie wędzidełka podjęzykowego, by zwiększyć jego ruchliwość i ułatwić ssanie. W końcu, po jakichś 5 minutach takich zabiegów, pielęgniarka zawinęła Łucję w pieluszkę i odniosła ją do Basi. Uniosła ją tak, by Basia mogła ją obejrzeć (nadal leżała przywiązana do łóżka) a następnie położyła ją jej na ramieniu przytulając główką do Basi policzka. Oczywiście to nie była w żadnym wypadku stabilna pozycja – mnie polecono trzymać córkę. W tym momencie miał miejsce pierwszy kontakt skóra do skóry matki i córki – choć naprawdę minimalny i niekomfortowy. Basia nadal miała na twarzy maseczkę tlenową, przytulała się więc do Łucji naprawdę tylko kawałkiem policzka, ale oczywiście to już dawało dużo radości.

W takim przytuleniu trwaliśmy ok. pół godziny – mniej więcej w połowie tego czasu zdjęto Basi maseczkę, więc było odrobinę więcej swobody. W tym czasie lekarze nadal intensywnie pracowali nad Basi brzuchem. Sam przed urodzeniem pierwszego dziecka wyobrażałem sobie, że świeżo urodzony niemowlak, jeśli nie jest przystawiony do piersi to cały czas płacze w proteście przeciwko eksmisji z brzucha. Zarówno jednak w przypadku naturalnie urodzonego syna, jak i w przypadku córki okazało się, że nawet bez piersi w pierwszych minutach po porodzie zachowywali się bardzo cicho, analizując nową sytuację w niemym szoku. Nie wiem, czy to reguła, ale gdyby ktoś się obawiał, że dziecko na tym etapie będzie matce przez pół godziny płakało do ucha, to informuję, że nie musi tak być.

Po operacji

W końcu – ok. 14:20 – położna zabrała córkę, włożyła ją do takiego plastikowego wózeczka, w którym w szpitalu na Żelaznej wozi się dzieci (nazywamy je z Żoną mydelniczkami) i powiedziała mi, że czas żegnać się z Żoną na tę chwilę. Któraś z pielęgniarek powiedziała, żebym wrócił do szatni, wyrzucił czepek i maseczkę do czerwonego worka a ubrania do czarnego. Żona została jeszcze chwilę na sali a ja podążyłem za pielęgniarką, która z wózeczkiem z dzieckiem udała się do sali pooperacyjnej. Tam w drzwiach zostałem już odesłany do szatni.

Na salę pooperacyjną trafiła zaraz potem Basia. Podano jej do łóżka Łusię i od razu rozpoczęto próby przystawiania do piersi (czyli już po ok. 40 minutach od porodu). Dziewczyny miały tam spędzić cztery godziny, w naszym przypadku było to raczej 5, ponieważ na oddziale poporodowym nie było od razu dostępnych miejsc. Niestety po chwili położne stwierdziły, że nie podoba im się kolor skóry Łucji i potrzebuje ona trochę dogrzania, więc na trzy godziny zabrano ją od Basi na odział noworodkowy, gdzie dogrzewała się pod lampą. Po trzech godzinach jednak wróciła i mogły dalej próbować się przystawiać. W tym czasie Basia cały czas dostawała kroplówki z lekami przeciwbólowymi (jeden z nich spowodował torsje (po ponad 17 godzinach głodówki i w pozycji leżącej było to szalenie nieprzyjemne), powoli odzyskiwała czucie w nogach, nadal jednak miała ścisły zakaz podnoszenia się z łóżka. Ja zaś czekałem pod drzwiami na odział porodowy (nie można odwiedzać pacjentek w sali pooperacyjnej). Ponieważ Basia miała ze sobą telefon, pozostawaliśmy w stałym kontakcie przez sms.

W końcu, tuż po godzinie 20:00 przyjechały po Basię dwie położne z oddziału poporodowego. Po pacjentkę położne przyjeżdżają z łóżkiem, na którym potem będzie leżała na oddziale poporodowym. O ile ze stołu operacyjnego na łóżko, na którym zawieziono ją na salę poporodową Basię przeniesiono przy pomocy jakiejś sprytnej podkładki, to po tych kilku godzinach na kolejne łóżko mogła się już sama przeturlać (nadal uważając, by nie podnosić głowy – podobno może to skutkować silnymi bólami po znieczuleniu). Te mydelniczki, w których przewożone są dzieci są zrobione tak sprytnie, że gdy położne prowadzą łóżko, matka może trzymać mydelniczkę nad sobą, tak, że ta jedzie razem z łóżkiem. Zaraz jednak za drzwiami bloku operacyjnego ja mogłem przejąć wózeczek z Łucją. Z położnymi pojechaliśmy na odział poporodowy, gdzie pomogłem się Basi zainstalować w sali, przyniosłem nasze rzeczy z magazynku. Mogłem też przewinąć pierwszy raz Łusię i ubrać ją w jej ubranka (gdyby nie było mnie lub nie miałbym odwagi tego zrobić, zrobiłaby to położna, ponieważ Żona nadal musiała oczywiście leżeć). Niestety nie mogłem zostać dłużej, bo było już dobrze po 20:00 a na Żelaznej odwiedziny kończą się o 19:30.

Ok. 22:00 Basi pozwolono już wstać z łóżka i w trakcie, gdy położna nosiła na rękach Łusię, Basia mogła wziąć prysznic (a wręcz była do tego zachęcana, by się rozruszać i odświeżyć). Według jej relacji, o tej 22:00 już czuła się całkiem dobrze i sprawnie.

Obserwacje na marginesie

Ból i blizna pooperacyjna. Przez tydzień po operacji Basia dostawała leki przeciwbólowe, ale mimo to, w ciągu pierwszych godzin zdarzało jej się czasem czuć ból. Zaraz po operacji blizna jest zalepiona opatrunkiem, który wygląda, jak bardzo duży plaster. Opatrunek jest na tyle szczelny, że można w nim spokojnie brać prysznic. W drugiej dobie ten opatrunek jest zdejmowany i można zobaczyć bliznę – znajduje się na górnej granicy owłosienia łonowego, jest dość długa – w zasadzie na połowę brzucha. Wygląda, jakby skóra była zszyta na okrętkę od środka, a z obu końców wystaje nić związana w pętlę na środku brzucha. Widok nie jest w żadnym wypadku niepokojący – nie ma krwi, strupów ani innych takich elementów. Widoczne są jedynie siniaki wokół blizny. Z tą blizną ze zdjętym opatrunkiem również można brać prysznic – należy ją tylko po kąpieli osuszyć. Dwa, trzy razy dziennie bliznę dezynfekujemy okteniseptem i osuszamy gazikiem. Basia już drugiego dnia popołudniu czuła się zupełnie dobrze a ginekolog powiedział jej, że jeśli chodzi o jej stan zdrowia, mogłaby wrócić do domu. Szew został zdjęty po tygodniu – nić została po prostu przecięta i wyciągnięta jednym sprawnym ruchem. Podobno zupełnie nic nie czuć.

Kontakt z personelem. Trochę zaskakujące było dla nas to, że lekarze, którzy wykonywali cięcie nie przedstawili się Basi i nie porozmawiali z nią. Nie chodzi o jakieś kwestie kultury osobistej, tylko raczej o gest dający poczucie bezpieczeństwa – coś, jak pilot samolotu przedstawiający się i tłumaczący, jak będzie przebiegał lot. Zrobiła to tylko anestezjolog i neonatolog (lekarz zajmująca się dzieckiem). Być może tłumaczy je fakt, że – jak przypadkiem usłyszałem – było to ich szóste cięcie tego dnia i były wyraźnie zmęczone.

Krew w czasie operacji. Wiem, że niektórzy ojcowie nie chcą brać udziału w cesarskim cięciu, gdyż boją się krwi. Mogę powiedzieć, że przynajmniej w moim doświadczeniu, nie było jej tam widać. Siedząc na swoim stołeczku za parawanem nie miałem szansy nic zobaczyć. Co prawda przechodząc do kącika, w którym badano córkę i wracając stamtąd przechodziłem wzdłuż stołu, ale Basia była prawie cała zasłonięta pracującymi lekarzami i pielęgniarkami, także nie starając się szczególnie przyglądać, widziałem może gdzieś kawałek lekko zakrwawionego prześcieradła. Na córce widziałem najwyżej jedną maleńką kropelkę krwi.

Co nie zmienia faktu, że dla mnie całe wydarzenie było jednak przerażające. Sam – jako przecież towarzysz, a nie główny bohater porodu – byłem dużo bardziej przestraszony i zdenerwowany przed operacją, niż przed naszym pierwszym, naturalnym porodem. Zdenerwowany i przestraszony byłem także w trakcie operacji – jestem pełen podziwu dla mojej Żony, która przez całą operację zachowywała uśmiech a nawet skłonność do żartów. Mimo, iż – jak wspomniałem – nie czuła bólu, ale czuła dotyk i poczuła nawet moment, w którym Łucję wyjęto z brzucha.

***

Ogólnie rzecz biorąc fascynujące doświadczenie. Zupełnie inne od naturalnego porodu, przerażające i nieprzyjemne, ale z pewnością fascynujące.

Starałem się opisać wszystkie szczegóły tego doświadczenia, ale gdybyście mieli wrażenie, ze pominąłem coś istotnego, piszcie, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, w komentarzach – będę w miarę możliwości uzupełniał.


  • kaśka

    Chciałabym bardzo podziękować za ten szczegółowy opis. Będę miała cc na Żelaznej za 3 tygodnie. Jest to moje trzecie cc (pierwsze na Żelaznej) ale nie ukrywam, że najbardziej się go boję. Dzięki Twojemu opisowi może uda mi się opanować mój strach :-)

    • http://naludzi.pl/ Naludzi.pl

      Bardzo dziękuję.
      Czy napiszesz dlaczego tego trzeciego boisz się najbardziej?