Będzie bolało

W filmie Largo Winch 2 jest  taka scena, w której w apartamencie hotelowym przebywa matka z synkiem w wieku pewnie 3-4 lat. W jednym pokoju dziecko ogląda telewizję, a w drugim matka zostaje zamordowana. Dziecko w pewnym momencie orientuje się, że dawno nie widziało mamy i zaczyna chodzić po apartamencie wołając ją. Na początku spokojnie, z czasem coraz rozpaczliwiej. Oglądając tę scenę z Żoną jakieś pół roku po urodzeniu syna, oboje ledwo powstrzymaliśmy szloch. Długo potem jeszcze nie mogłem się z niej otrząsnąć. Po prostu odkąd urodził się Franek jakakolwiek myśl o krzywdzie dziecka jest dla nas nie do zniesienia.
Co dopiero myśl o krzywdzie naszego własnego syna. Gdy coś mu się stanie i robi tę charakterystyczną dla dzieci podkówkę – znak wielkiego smutku i wielkiej krzywdy, która go spotkała – po prostu uginają się pode mną nogi i czuję, że mógłbym zrobić wszystko, by oszczędzić mu bólu i cierpienia.

Jednak wiem, że nie mogę, ani nie powinienem chronić go przed każdym zdarzeniem, które sprawi mu ból. By pozwolić mu normalnie się rozwijać i dobrze przygotować się do dorosłego życia, musi doświadczyć po drodze wiele bólu i zrobiłbym mu krzywdę, gdybym ten proces powstrzymywał.

To jak z nauką jazdy na nartach. Gdy uczyłem się jeździć – dość późno, jako piętnastolatek, więc dobrze to pamiętam – mój instruktor zwrócił mi uwagę, że jeśli się nie przewracam, to znaczy, że się nie uczę. Tylko docierając czasem do tego miejsca, w którym się przewrócę, mogę odkrywać, jak wiele mogę na nartach osiągnąć i na co powinienem uważać.

Tak samo jest z dzieckiem, które uczy się poruszać po otaczającym je świecie. Gdy uczy się siadać, często straci równowagę i uderza głową w podłogę. W czasie nauki chodzenia i biegania w ogóle czeka je bardzo wiele upadków i uderzeń. Wraz z kolejnymi coraz odważniejszymi eskapadami, dziecko odkryje, że są miejsca, z których można spaść i się potłuc, są przedmioty, które są ostre, kłujące lub gorące. Prawie każda taka nauka jest okupiona bólem, upadkiem, skaleczeniem – do tego dochodzi płacz, który rozdziera serce rodzica.

Ze względu jednak na edukacyjny charakter tego bólu, potknięć i skaleczeń, wierzę, że odpowiedzialny rodzic musi pozwolić dziecku je przeżyć. Z Żoną od początku wychodziliśmy z założenia, że Franek musi zbierać własne doświadczenia dotyczące otaczającego go świata. Nigdy nie pozwalaliśmy sobie na to, by chodzić za nim krok w krok, trzymając czujne ręce w pogotowiu i chwytając go, gdy tylko się zachwiał. Od razu też widzieliśmy pozytywne efekty takiego podejścia. Franek jest szalenie ostrożnym dzieckiem. Nieustannie zaskakuje mnie tym, jak nawet w najdzikszej zabawie schylając się np. po piłkę, która wpadła mu pod stół, podnosząc głowę uważa, by się w ten stół nie uderzyć. Bardzo długo, gdy dobiegał do schodów przy których nie było jakiejś barierki lub ściany, której mógłby się chwycić, zatrzymywał się i wyciągał rękę, żeby pomóc mu zejść. Pozwoliliśmy mu na to, by sam oceniał, co jest niebezpieczne, a co nie, więc jego instynkt samozachowawczy działa prawidłowo. Wie, że sam musi wziąć odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo i robi to.

Takie podejście dotyczy nie tylko upadków. Franek przez kilka tygodni przeżywał fascynację czajnikami. Koniecznie chciał się nimi bawić, włączać wodę itp. Kilka razy, gdy podchodził do czajnika z gotującą się wodą ostrzegaliśmy go, że czajnik jest gorący, ale jeśli chciał go dotknąć, dotykał go. Parzył się, czasem płakał, ale potem uważał.

Kolorowy plasterek dobry na wszystko.

Kolorowy plasterek dobry na wszystko.

Wierzę, że pozwolenie dziecku by od samego początku uczyło się oceniać wszystkie sytuacje pod kątem tego, czy mogą być one niebezpieczne, jest najpewniejszym sposobem, by zminimalizować ryzyko tego, że dziecko będąc już większym i sprawniejszym człowiekiem zrobi sobie jakąś krzywdę. Oczywiście nie oznacza to, że należy puścić dziecko zupełnie samopas. Jean Liedloff pokazuje, że w wychowaniu w stanie natury zapewne można było dzieci zostawić zupełnie same sobie i całkowicie zaufać ich instynktom. Wydaje się jednak, ze wraz z rozwojem techniki i cywilizacji stworzyliśmy sobie wiele zagrożeń, z którymi nawet najsprytniejsze małe dziecko może sobie nie poradzić. Np. pozwalając Frankowi dotknąć gorącego czajnika, jednocześnie byliśmy w pobliżu, by w razie czego powstrzymać go przed przewróceniem go i wylaniem na siebie wrzątku.

Trzeba jednak zaakceptować pewien poziom ryzyka. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo mamy teraz poważny problem z pogodzeniem się z ryzykiem. Trzeba sobie bowiem powiedzieć wyraźnie: ludzkie życie jest bardzo kruche. Jest bardzo wiele sytuacji, w których możemy życie stracić i nie możemy się w stu procentach przed tym ryzykiem zabezpieczyć. Musimy więc, jako rodzice – jakkolwiek strasznie to brzmi – pogodzić się z faktem, że różne niebezpieczeństwa na każdym kroku zagrażają i będą zagrażać zdrowiu i życiu naszych dzieci. Należy jednak znaleźć równowagę między chęcią zminimalizowania tego ryzyka, a zatruciem tego życia dzieciom i sobie w imię wyeliminowania wszystkich ryzyk.

Dobrym przykładem są tu kaski do nauki chodzenia. Nie wiem, Drogi Czytelniku, czy zetknąłeś się z taką informacją – na rynku są dostępne kaski dla dzieci, które uczą się chodzić. Nie będę linkował, żeby nie promować takich wynalazków. Koleżanka opowiadała mi kiedyś o synku znajomych, który chodził w takim kasku. Nauka chodzenia przebiegła doskonale, główce chłopca nic się nie stało. Ale gdy już chodził pewnie, rodzice postanowili zdjąć mu kask. Biedny chłopiec chodził i uderzał głową w ściany – bo przecież przywykł, że gdy się tak robi, nic nie boli.

Czy kiedy dziecko uczy się chodzić, istnieje ryzyko, że potknie się, przewróci i tak niefortunnie uderzy głową w coś ostrego, że zginie na miejscu? Tak, istnieje. Choć nie jest duże. U dziecka uczącego się chodzić odległość od głowy do ziemi nie jest duża, a kości są bardzo elastyczne. Czy zakładając kask zmniejszamy to ryzyko jeszcze bardziej? Tak. Ale jednocześnie mamy bardzo dużą szansę pozbawić dziecko ważnych (choć bolesnych) doświadczeń, które w przyszłości pozwolą mu uniknąć dużo poważniejszych obrażeń (bo już prędkości większe, ciało większe i kości bardziej kruche). Można to sobie wyobrazić jako równanie. Zakładając kask zabezpieczamy się przed wydarzeniem, które jest straszne, ale którego prawdopodobieństwo jest bliskie zeru (śmierć dziecka w wyniku uderzenia głową w trakcie nauki chodzenia). Z drugiej strony równania mamy prawie 100% pewności, że robimy mu poważną krzywdę.

Odpowiednikiem takiego kasku jest każde działanie, które odgradza dziecko od nabywania własnych bolesnych doświadczeń w imię zapewnienia mu 100% bezpieczeństwa (które zawsze i tak jest fikcją). Nie mogę np. zrozumieć rodziców (a częściej dziadków – bo w takich zachowaniach celują, mam wrażenie, dziadkowie), którzy zabraniają dziecku biegać, „bo zaraz się przewrócisz!”. Czy naprawdę obtarte kolano jest zdarzeniem tak strasznym, by w imię jego uniknięcia hamować entuzjazm i energię dziecka?

Ta szkodliwa awersja do ryzyka to zjawisko, które krzywdzi nie tylko najmłodsze dzieci. Ci z Czytelników, którzy dorastali w latach dziewięćdziesiątych lub wcześniej, pamiętają zapewne, że wtedy dzieci w wieku 6 lat i więcej same biegały po podwórkach. Teraz już tych dzieci się nie widzi. Jedną z przyczyn zapewne są gry komputerowe, ale to nie wszystko – przecież na początku lat dziewięćdziesiątych też je już mieliśmy. Mam wrażenie, że dzieci w takim wieku nie są puszczane na podwórka (przynajmniej poza zamknięte osiedla), bo rodzice boją się, że: rozjedzie je samochód, porwie je pedofil lub spotka je inna straszna krzywda. Tak, są takie ryzyka – i zawsze były – ale jak wspaniale kształtuje się charakter młodych ludzi, gdy mogą doświadczać przygód z rówieśnikami na świeżym powietrzu!

Nie wiem, czy Frania, gdy będzie już w takim wieku, będziemy puszczać na samodzielne wyprawy po okolicy. Jeśli będzie tam jedynym dzieckiem, nie będzie to miało większego sensu. Pamiętam jednak, że sam w wieku 6 – 7 lat bardzo ceniłem sobie możliwość samodzielnego poruszania się rowerem po sąsiednich podwórkach. Miałem wtedy czas na poznawanie świata, myślenie o tym, co poznaję, na zawieranie przyjaźni i przeżywanie przygód tak, jak tylko dzieci potrafią je przeżywać. I strasznie byłoby mi smutno, gdyby mój syn był takich możliwości pozbawiony.

Wiem w każdym razie, że by żyć pełnią życia i by uczyć się życia – a tym samym nabywać umiejętności unikania niebezpieczeństw – trzeba doświadczyć wiele bólu i cierpienia. I choć serce mi krwawi zawsze, gdy widzę, że Franek cierpi, wiem, że moim obowiązkiem jest chronić go przed najpoważniejszymi niebezpieczeństwami, ale pozwolić mu na jego własne potknięcia. Dla jego własnego dobra.


  • Katarzyna

    „W obawie, by śmierć nie wydarła dziecka, wydzieramy dziecko życiu; nie chcąc, by umarło, nie pozwalamy żyć.” Janusz Korczak

  • http://www.facebook.com/agnieszka.kutylakhapanowicz Agnieszka Kutylak-Hapanowicz

    „Nie biegaj, bo się przewrócisz!” Ciągle to ssłyszę na placach zabaw… Świetny artykuł!

  • http://www.facebook.com/justyna.przyborska Justyna Przyborska

    Bardzo dobrze powiedziane :)