Allo, Allo!

Rodzice pragną dać swojemu dziecku poczucie bezpieczeństwa. Trudno tego nie pochwalić – także my naszemu synowi chcemy dać takie poczucie. Mam jednak poważne wątpliwości, czy jedno z najczęściej wybieranych narzędzi służących zapewnieniu tego bezpieczeństwa jest rzeczywiście tak uniwersalne i w każdej rodzinie niezbędne. Mówię tu o stałym rozkładzie dnia, rytuałach i rutynie. Mówię o poglądzie, że dziecku powinno się wyznaczyć stałe godziny snu, kąpieli, czytania książek a także stałe miejsca na poszczególne czynności.

Nie twierdzę, że stałość otoczenia, cykliczność różnych zdarzeń nie może być źródłem pozytywnych doświadczeń. Dlatego przecież czujemy się dobrze w domu/ojczyźnie a cierpimy po dłuższym pobycie w obcym miejscu. Ktoś kiedyś tłumaczył mi, że na tym także polega urok seriali i filmów, w których powtarzają się wciąż te same elementy. Jak w tytułowym ‚Allo ‚Allo!, gdzie w zasadzie w każdym odcinku słyszymy: „Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać” albo „To ja, Leclerc!”. W filmach z serii o Jamesie Bondzie w każdej części możemy spodziewać się bardzo podobnych żartów i gestów (np. jakiejś formy poprawienia garnituru w szczytowym momencie pościgu). Podobnie odwzorowanie w życiu rodziny rocznego cyklu natury poprzez zaznaczenie różnego rodzaju ceremoniałami kolejnych pór roku (lub świąt) może dawać jakieś poczucie miłego komfortu.

Mam jednak wrażenie, że dziecko, którego poczucie bezpieczeństwa będzie budowane przede wszystkim w oparciu o rytuały i stały rozkład dnia, nie będzie wcale dobrze przygotowane do dorosłego życia. Czy w dorosłym życiu w erze informacji doświadczamy stałości, czy raczej chaosu ciągłej reorganizacji? Czy gdy myślimy o życiu ludzi ery informacji, przychodzą nam do głowy słowa „stałość, hierarchia, porządek”, czy raczej „zmiana, dynamika, nowości, reformy”? Jak więc w takim życiu odnajdzie się dziecko, któremu od małego wpajano, że najważniejsze jest, by o 19:00 odbyła się rytualna kąpiel?

Takie wyznaczenie stałych pór dla pewnych czynności ma jeszcze tę poważną słabość, że są z punktu widzenia dziecka arbitralne. Przecież nikt nie mówi dziecku, że musimy wszystko robić o tej samej porze, żeby ono miało poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa. Czyli robimy wszystko o tej samej porze, bo TAK! Bałbym się, że dziecko, któremu zostanie narzucony taki tryb życia, rozwinie w sobie lęk, że jeśli zaburzymy porządek dnia, stanie się COŚ STRASZNEGO!

Chaos widzę, chaos!

Chaos widzę, chaos!

Idąc dalej – czy stawiając stały porządek dnia wysoko w hierarchii wyznawanych przez rodzinę wartości na pewno ustawiamy te wartości w odpowiedniej kolejności? Czy np. jeśli po wyjątkowo długim dniu pracy rodzina ma wreszcie okazję zebrać się razem na jakiejś miłej aktywności, np. wspólnym czytaniu lub spacerze, to czy przedłużenie tych chwil do późnego wieczora (jeśli wszyscy mają akurat na to ochotę) nie jest ważniejsze, od abstrakcyjnie wyznaczonej pory kąpieli? Czy jeśli rodzice mają okazję wieczorem spotkać się z przyjaciółmi i mogą na to spotkanie wziąć dziecko, to czy nie warto pokazać dziecku, że pielęgnowanie dobrej relacji z ważnymi dla nas ludźmi nie jest wartością, dla której warto poświęcić wszystkie bardziej przyziemne sprawy?

Wydaje mi się, że poczucie bezpieczeństwa dziecka powinno wynikać raczej ze stałości uczuć rodziców – ich bezwarunkowej akceptacji dziecka – ze stałości obowiązujących w rodzinie wartości (a więc rozróżnienia, co jest ważne, a co nie) i z płynącego od rodziców przykładu pokazującego, że cokolwiek się dzieje – choćby to była jakaś nowa i odbiegająca od rutyny sytuacja – należy zachować pogodę ducha i cieszyć się chwilą.

Z krawata trzeba było zrezygnować, ale wychylająca się spod marynarki chusta pełniła funkcję ekstrawaganckiej kamizelki.

Z krawata trzeba było zrezygnować, ale wychylająca się spod marynarki chusta pełniła funkcję ekstrawaganckiej kamizelki.

Jak to wygląda u nas w praktyce? Nigdy nie wyznaczaliśmy Frankowi stałych pór snu. Kładliśmy go spać, gdy widzieliśmy, że jest senny. Dotyczyło to zarówno snu nocnego, jak i drzemek w ciągu dnia. Nigdy nie miał też wyznaczonej stałej pory kąpieli lub innych czynności. Cały tryb naszego życia po urodzeniu Frania jest tak samo (a nawet bardziej) nieregularny, niż był przed jego pojawieniem się w rodzinie. W czasie pierwszych 5 miesięcy jego życia byliśmy chyba na trzech weselach zostając tam do późna w nocy (chusta pod garniturem wygląda szalenie szykownie!).

Czy nie zauważyliśmy, żeby nasz syn przejawiał jakąś potrzebę rytuałów i stałego rozkładu dnia? Nie. A myślę, że zauważylibyśmy. Jedno pole, w którym Franek doprowadzał do powstawania małych rytuałów, to było zasypianie. Odkąd przestał wieczorem zasypiać przy piersi, zazwyczaj usypiam (czy też towarzyszę w jego zasypianiu) ja. Zauważyłem, że Franek wyrabia sobie określone zwyczaje związane z zasypianiem – np. prosił, żebym mu śpiewał kołysankę (szalony!) i zasypiał przy tej kołysance. Pomyślałem sobie „aha – czyli jednak potrzebuje jakichś rytuałów”. Szybko jednak musiałem zweryfikować swoją teorię. Bo po kilku – kilkunastu nocach zasypiania przy kołysance, Franek stwierdził, że już nie chce, żebym śpiewał, a zamiast tego wymyślił sobie zwyczaj zjadania banana i kilku winogron przed snem, ale nadal zasypiał u mnie na rękach. Po kolejnych kilku tygodniach stwierdził, że jednak nie będzie zasypiał na rękach, tylko w pewnym momencie pokazuje, że już chce iść do łóżka i zasypia w łóżku głaskany przeze mnie po głowie. Takich trwających od kilku dni do kilkunastu tygodni nowych zwyczajów związanych z zasypianiem przeszliśmy już pewnie kilkanaście. Jeśli Franek sam co pewien czas zmienia te zwyczaje, to chyba nie są to prawdziwe rytuały, z których czerpie poczucia bezpieczeństwa?

Tak, czy inaczej, nie zauważyliśmy żadnych objawów, które wskazywałyby na to, że Frankowi brakuje poczucia bezpieczeństwa. Jest bardzo radosnym, często się śmiejącym i uśmiechającym dzieckiem. Tak, jak wspominałem w innych wpisach, jest dość nieśmiały względem obcych, ale zazwyczaj nie potrzebuje dużo czasu, by tę nieśmiałość przełamać.

Oczywiście znów należy zrobić zastrzeżenie, że zamiłowanie do stałych elementów w ciągu dnia może być różne u różnych ludzi (dzieci). Słyszałem opowieści rodziców, których dzieci same wytworzyły sobie określone rytuały i trzymają się ich konsekwentnie przez bardzo długi czas. Nie można wykluczyć, że Franek akurat należy do tych ludzi, którzy np. nie mają silnej potrzeby zapuszczenia korzeni w jednym miejscu. Skoro jednak jest taki Franek, to zapewne są też inne takie dzieci. Nawet jednak tym, które same dążą do stałego porządku dnia, warto pozwolić zaspokoić tę potrzebę, ale w miarę możliwości także pokazać, że i w nowym oraz zmiennym otoczeniu można się spokojnie odnaleźć.

Dziecko (i dorosły człowiek także), powinien budować swoje poczucie bezpieczeństwa nie na elementach świata zewnętrznego lecz w sobie, swoich wartościach i swoich relacjach z innymi ludźmi. Narzucanie sztywnych reguł i konsekwentne trzymanie się z góry określonego porządku dnia nie służy w mojej ocenie wykształceniu takich właśnie fundamentów osobowości młodego człowieka.


  • Matka Polka

    Brawo! Dobrze powiedziane.

  • Marzena

    To ważna kwestia – wychowanie naszych dzieci w taki sposób, aby były gotowe do życia w świecie, gdzie jedyną pewną rzeczą jest zmiana. Może być trudne, bo my – dorośli – nierzadko sami musimy się tego dopiero uczyć. Człowiek potrzebuje bezpieczeństwa i swojej strefy komfortu (i lubi je), ale jak wiadomo – rozwój (i szczęście) zazwyczaj znajduje się poza tą strefą.